Kiedy „debata” zamienia się w ściek.
Pod notką o Janie Tomaszu Grossie nie toczy się żadna poważna rozmowa. To nie jest spór o historię, metodę ani interpretację. To jest pokaz charakterów — i niestety bardzo brzydki.
Wystarczy przeczytać kilka wpisów, żeby zobaczyć, jak łatwo część ludzi przeskakuje z opinii do pogardy, z poglądu do chamstwa, a z „polemicznego” tonu do moralnego brudu. Zamiast argumentów pojawia się insynuacja. Zamiast krytyki — etykietka. Zamiast myślenia — odruch, który aż za dobrze znamy z najciemniejszych rozdziałów polskiej publicystyki.
Najbardziej kompromitujące są wypowiedzi, które próbują ubrać nienawiść w ironię albo „historyczny komentarz”. Szuruburu pisze: „Po latach okazuje się że miotła w 68 była potrzebna, wymiotła wielu szubrawców.” To nie jest niewinny żart ani „mocna opinia”. To jest otwarte poparcie dla antysemickiej czystki z 1968 roku, podane w tonie, który ma udawać spryt i dystans.
Nie lepiej brzmi wpis pmk, który pisze o Grossie: „Tylko xurwa z rodu xurw, dachówkowy parszywiec, może go nazywać ‘historykiem’.” To nie jest polemika. To jest knajacki atak, który niczego nie wyjaśnia, niczego nie obala i niczego nie wnosi poza odrazą.

Do tego dochodzą kolejne komentarze tej samej logiki — takie, które lawirują między pogardą a antysemicką aluzją, jak wpis o „stodole z Palestyńczykami” czy o „Żydach znających się na wszystkim”. To właśnie te momenty, w których spór przestaje dotyczyć czegokolwiek merytorycznego, a zaczyna być zwykłym wypluwaniem uprzedzeń.
I tu jest sedno: można nie zgadzać się z Grossiem. Można go krytykować ostro, nawet bardzo ostro. Ale są granice, których nie wolno przekraczać, jeśli jeszcze chce się uchodzić za uczestnika debaty, a nie za autora internetowego ścieku. Gdy ktoś zaczyna usprawiedliwiać wyrzucanie ludzi z Polski, albo posługuje się językiem pogardy wobec Żydów, nie prowadzi dyskusji. On po prostu zdradza, kim jest.
Dlatego te komentarze nie kompromitują Grossa. Kompromitują ich autorów. Pokazują, że pod cienką warstwą „opinii” kryje się coś znacznie gorszego: resentyment, brutalność i głęboko zakorzeniona nietolerancja.

Warto zadać sobie pytanie, skąd biorą się takie postawy. Ja nigdy nie poznałem nikogo, kto w tak dużej skali manifestowałby agresję, pogardę czy skłonność do prowokacji. A jednak socjologia zajmuje się właśnie takimi zjawiskami — próbuje opisać nie tylko jednostkowe zachowania, ale też warunki, w jakich powstają.
W wielu przypadkach źródła takich postaw należy szukać w domu rodzinnym: w sposobie wychowania, atmosferze emocjonalnej, braku granic, przemocy, zaniedbaniu albo przeciwnie — w nadmiernej pobłażliwości.
Człowiek nie rodzi się z gotowym zestawem reakcji; wiele z nich kształtuje się bardzo wcześnie, przez obserwację dorosłych i utrwalone wzorce relacji.
Na późniejszym etapie znaczenie mają także środowisko rówieśnicze, szkoła, internet i to, jakie zachowania są nagradzane, a jakie karane. Jeśli ktoś od lat funkcjonuje w otoczeniu, które premiuje chamstwo, cynizm albo bezkarność, trudno się dziwić, że zaczyna przyjmować podobny styl życia.

Polskie przyjacielskie spotkania. Gdzie ta 'bida'?
Dlatego pytanie nie brzmi tylko: „co to za ludzie?”, ale też: „jakie doświadczenia ich ukształtowały?”. To nie usprawiedliwia złego zachowania, ale pomaga je zrozumieć.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)