Blues to śpiewanie życia, - zagadka, ale nie tylko…
Wielu ludzi uważa, że blues jest depresyjny. Ale przecież nie chodzi o bluesa. Kiedy śpiewam bluesa, to po prostu śpiewam życie. Ludzie, którzy nie mogą słuchać bluesa muszą mieć w sobie jakiś fałsz – female jazz singer - kiedyś powiedziała.
Kto to powiedział, a dla ułatwienia dodam,że śpiewała nie tylko bluesa?
Nie potrafię przyzwoicie grać na żadnym instrumencie, lecz mimo to sądze, że lepiej grac tak, jak się potrafi, niż pięknie mówić czy pisać o graniu, bo to byłoby już czymś innym. Muzyka to w końcu także język, w swoim rodzaju jedyny i nieprzekładalny na inne języki. Może o tym świadczyć choćby to, że są ludzie, którzy nim przede wszystkim się posługują.
Ta notatka to trochę pretekst, intelektualna zaczepka. Niedawno, bo 3 stycznia 2012 roku umarł Josef Škvorecký. Miał dobrze ponad dziewięćdziesiątkę. Od 1969 roku, kiedy wyjechał z Czech, żył na emigracji, prawie cały czas w Kanadzie, w Toronto, gdzie wykładał literaturę na uniwersytecie. Napisał, przetłumaczył i wydal, jako edytor (Sixty-eight Publishers) niezliczoną ilość książek.
W mojej pamięci najwyraźniej zachowało się jego krótkie opowiadanie zatytułowane Eine kleine Jazzmusik, drukowane na przekładzie S. Jagodzińskiego w warszawskiej „Więzi” 9 nr 7-8, 1987 r.). Już sam tytuł, łączący w sobie ciepełko małej nocnej muzyki z ostrą synkopą jazzu wydawał mi się odrobinę perwersyjny. Potem, podczas lektury, odczucie perwersyjności zniknęło, ustępując miejsca niepokojowi i nostalgii. Pojawiły się wspomnienia sięgające jeszcze lat sześćdziesiątych, kiedy w szkolnym zespole, nauczyciel pan Dietrich, z powodów marnych, przypalanych i odnawianych chałupniczą metoda stroików popiskiwałem na klarnecie, wywołując okropne miny u niezłego już wtedy pianisty, Leszka Furmana (bodajże z Gliwic?) potem w High Society.
Opowiadanie Škvoreckiego wywoływało – i wywołuje wciąż – wspomnienia, bo samo na wspomnieniu się opiera. Napisane w 1957 roku, o koncercie szkolnej orkiestry jazzowej w miasteczku K. w Protektoracie Czech i Moraw w 1940 roku. Orkiestra na czas występu przyjmowała nazwę Zamaskowani Bandyci Rytmu (Maskierten Banditen des Rytmus). Jeden przynajmniej człon tej nazwy miał swoje wizualne uzasadnienie: występujący w orkiestrze uczniowie skrywali twarze pod maskami, gdyż granie jazzu łączyło się z ryzykiem. Było wyzwaniem rzuconym okupantowi, aktem buntu wobec narzuconych przezeń rygorów. Takie w każdym razie kwalifikacje uzasadniały konsekwencje, jakie dotknęły później uczestników koncertu.
Dlaczego jazz dla hitlerowskich władz okupacyjnych stał się muzyka zapowietrzoną do tego stopnia, że Reichsmusikfuhrer (sic!) czuł się w obowiązku wydać specjalną, dziesięciopunktową instrukcje zakreślającą granice swobody muzycznej, co do takich szczegółów, jak dopuszczalna długość solówki na perkusje (break mógł wynosić połowę taktu na cztery czwarte)?

Web: Correo Diplomático.com
Josef Škvorecký

Josef Škvorecký (1924 – 2012)
Dlaczego muzyka ta – wiele o tym mówi film Feliksa Falka pt. Był jazz – w epoce stalinizmu musiała żyć skrycie, życiem podziemnym? Dlaczego słynne kolorowe skarpetki Leopolda Tyrmanda stanowiły manifest nie estetyczny, a jak najbardziej polityczny? Dlaczego praski protest dysydentów z końca lat sześćdziesiąty miał za podsądnych właśnie członków „grupy jazzowej”, co ostentacyjnie podkreślano w partyjnych mediach? Co takiego jest we jazzie, że mimo jego plebejskiej genealogii znajduje się w nim znamiona arystokratyzmu i tytułuje go „panem jazzem” (w opozycji do obywatela rocka).
Odpowiedź na powyższe pytania musimy szukać w antycznej Grecji, bo przecież tamtejsze kilka przeobrażeń, do dzisiaj funkcjonują w świecie zachodniej kultury. Zapraszam do rozszerzenia tego tematu.
Fenomen jazzu można zrozumieć dopiero za pośrednictwem takiej właśnie kolektywistyczno – indywidualistycznej opozycji. Jazz jest muzyką na wskroś osobową. W tym sensie jest zaprzeczeniem marszu – utworu stymulującego aktywność wspólnotową, przychodząca z zewnątrz formę wezwania grupy do czynu. Richard Grunnenberg w Historii społecznej Trzeciej Rzeszy pisze: że nazistowskim ideałem muzyki jest”(…)muzyka, jako werbel do marszu, jako akompaniament do zbiorowych snów”. W marszu ważne jest poczucie jedności ponadjednostkowej, troska o to, by nie złamać szyku i rytmu. Bo jeśli ja złamie szyk – cóż za pociągająca myśl! – wtedy całość utraci swą spoistość i rozpadnie się.



Komentarze
Pokaż komentarze (85)