Amerykańscy interwencjoniści nie kryją radości z powodu śmierci 32 członków kubańskiego establishmentu bezpieczeństwa narodowego, którzy służyli w ekipie bezpieczeństwa prezydenta Wenezueli Nicolása Maduro podczas brutalnego porwania Maduro przez amerykański establishment bezpieczeństwa narodowego.
Ich ekstaza dowodzi, że stara mentalność czasów zimnej wojny, która przez około 45 lat trzymała interwencjonistów w ryzach, nigdy nie zniknęła, nawet po pozornym zakończeniu zimnej wojny w 1989 roku, przynajmniej nie w odniesieniu do Kuby.
Ale entuzjazm wśród tych starych, niedoszłych ofiar zimnej wojny dorównuje ich euforii z powodu faktu, że Kuba pogrążona jest w poważnym kryzysie gospodarczym, który grozi Kubańczykom śmiercią głodową i chorobami. Dzieje się tak, ponieważ Kuba od dawna jest uzależniona od hojnych dostaw ropy naftowej z Wenezueli, które rząd USA zobowiązał się teraz przerwać rozkazami wydanymi wenezuelskim urzędnikom, w nadziei na ostateczne obalenie długoletniego reżimu komunistycznego na Kubie.
Już słyszę, jak reżim kubański upada: „Nasze 60-letnie embargo gospodarcze wobec narodu kubańskiego w końcu zadziałało! W końcu spowodowało tyle śmierci i cierpienia wśród Kubańczyków, że rząd kubański upadł z własnej woli z powodu braku dochodów!”
Podniecenie i dreszczyk emocji, jakie odczuwają interwencjoniści w związku z tymi wszystkimi śmierciami i cierpieniami, pokazują jedynie, w jaki sposób forma rządów oparta na bezpieczeństwie narodowym służy wypaczaniu i tłumieniu amerykańskich wartości oraz tłumieniu sumień narodu amerykańskiego.
W końcu, jak ktokolwiek z czystym sumieniem może celowo i świadomie zadawać cierpienie i śmierć narodowi w celu osiągnięcia celu politycznego – czyli zmiany reżimu? Czyż nie dlatego potępiamy terroryzm? Terroryści atakują i zabijają cywilów, aby skłonić rząd do zmiany polityki. Właśnie to zawsze robiło embargo kubańskie – atakować i zabijać kubańskich cywilów poprzez zubożenie i choroby, aby skłonić rząd kubański do wyrzeczenia się władzy i umożliwienia jej zastąpienia przez zatwierdzonego przez USA marionetka, który będzie posłusznie wykonywał rozkazy amerykańskich urzędników.
Przypomnijmy sobie, co powiedział kubański urzędnik Che Guevara wkrótce po tym, jak siły Fidela Castro odsunęły od władzy wspieranego przez USA Fulgencio Batistę, kubańskiego brutala, którego siły porywały młode kubańskie dziewczyny i dostarczały je hazardzistom w kontrolowanych przez mafię hawajskich kasynach, traktując to jako seksualny bonus. Zapytano Guevarę, czego nowy reżim na Kubie chce od Stanów Zjednoczonych. Jego odpowiedź: Tylko zostawić nas w spokoju.
To nigdy nie miało się wydarzyć. Amerykańscy urzędnicy, zwłaszcza z Pentagonu, CIA i NSA, nigdy – nigdy – nie mogli po prostu zostawić Kuby w spokoju. Obsesja antykomunistyczna była po prostu zbyt silna w umysłach amerykańskiego establishmentu ds. bezpieczeństwa narodowego. Amerykańscy urzędnicy byli absolutnie przekonani, że Czerwoni zamierzają nas dopaść.
Czerwoni to wszyscy, twierdzili amerykańscy urzędnicy. Byli w Hollywood, Kongresie, władzy wykonawczej, szkołach publicznych, ruchu praw obywatelskich, a nawet w armii. Ba, niektórzy wojownicy zimnej wojny byli nawet przekonani, że prezydent Eisenhower był „czerwonym”.
Czerwoni byli w Korei, Gwatemali, na Kubie, w Chile, Nikaragui, Wietnamie i prawie wszędzie indziej.
Oczywiście, skoro Kuba była oddalona zaledwie o 90 mil, oznaczało to, jak twierdzili amerykańscy urzędnicy, że komunistyczny sztylet wymierzony jest w szyję Ameryki. Nie było mowy, żeby amerykańskie ślepe zaułki zimnej wojny mogły po prostu zostawić Kubę w spokoju. Antykomunistyczna obsesja dyktowała niekończącą się wojnę z narodem kubańskim – wojnę, która miała trwać, dopóki reżim komunistyczny w końcu nie ustąpi i nie zostanie zastąpiony przez kolejny marionetkowy reżim USA. Nieważne, że ostatnią rzeczą, jakiej pragnęła większość Kubańczyków, było ponowne przejęcie kontroli i podporządkowanie przez Imperium Amerykańskie.
Przez cały ten czas nie miało znaczenia, jak wielkie cierpienie ekonomiczne i ile ofiar musiało ponieść naród kubański. Jeśli miliony musiały zginąć lub zostać zmuszone do ucieczki z wyspy, to była właśnie cena, jaką trzeba było zapłacić, aby zapewnić Ameryce bezpieczeństwo przed Czerwonymi.
To samo oczywiście dotyczyło narodu wenezuelskiego. Cóż z tego, że 8 milionów Wenezuelczyków musiało uciekać w desperackiej próbie ratowania życia przed śmiercią głodową i chorobami, spowodowaną połączeniem wenezuelskiego socjalizmu i sankcji USA. Kogo to obchodzi? Liczyło się pozbycie się ich władcy Nicolasa Maduro. I nie daj Boże, żeby któryś z tych 8 milionów uchodźców uciekł do Ameryki, gdzie uznano by ich za wytatuowanych członków gangu szumowin lub najeźdźców, których trzeba by siłą odesłać do Wenezueli, gdzie by umarli, albo wysłać do Salwadoru na tortury i bezterminowe przetrzymywanie.
Oczywiście, podejście było takie samo w przypadku Iraku, gdzie 11 lat brutalnych i śmiercionośnych sankcji gospodarczych USA miało na celu sprowadzenie śmierci i cierpienia na naród iracki, jako sposób na skłonienie irackiego dyktatora Saddama Husajna do wyrzeczenia się władzy na rzecz kolejnego amerykańskiego pachołka. Kiedy ambasador USA przy ONZ Madeleine Albright została zapytana przez program „Sześćdziesiąt minut”, czy śmierć pół miliona irackich dzieci w wyniku sankcji była warta zmiany reżimu, odpowiedź Albright odzwierciedlała podejście amerykańskich interwencjonistów: „Tak”, odpowiedziała, te śmierci rzeczywiście były warte zmiany reżimu”.
Nieważne, że sankcje i ofiary nigdy nie doprowadziły do zmiany reżimu w Iraku. Ataki z 11 września umożliwiły amerykańskim urzędnikom podjęcie bardziej bezpośredniego działania, podobnie jak miało to miejsce w Wenezueli, po tym jak brutalne i śmiercionośne sankcje wobec Wenezuelczyków nie skłoniły Maduro do oddania władzy na rzecz amerykańskiego pachołka. Nie trzeba dodawać, że śmierć jeszcze większej liczby Irakijczyków w wyniku amerykańskiej inwazji na Irak uznano za „wartą zachodu”, podobnie jak śmierć około 75-80 osób w nalocie wenezuelskim również uznano za „wartą zachodu”.
Jest coś ważnego, o czym należy pamiętać w kontekście tej antykubańskiej obsesji, która najwyraźniej nigdy nie zniknęła i która wciąż trzyma w swoich szponach wielu amerykańskich urzędników. Kuba nigdy nie zaatakowała Stanów Zjednoczonych, ani nawet nie groziła tym. To rząd USA zawsze był agresorem wobec Kuby. Amerykańska agresja obejmowała próby zamachów, terroryzm sponsorowany przez państwo na Kubie oraz, oczywiście, śmiercionośne i destrukcyjne embargo gospodarcze, które wraz z kubańskim socjalizmem pozbawiło Kubańczyków życia.
Ile jeszcze cierpienia amerykańscy urzędnicy zadadzą Kubańczykom? Ilu jeszcze Kubańczyków zabiją, bezpośrednio lub pośrednio? Nikt nie jest w stanie tego przewidzieć. Wiemy tylko, że nigdy nie było limitu cierpienia i ofiar, tak jak nigdy nie było go w Iraku czy Wenezueli. W obliczu obsesyjnego myślenia o bezpieczeństwie narodowym, antykomunizmie, terroryzmie i handlarzu narkotyków, żadna ilość śmierci i niedostatku nie jest zbyt duża, jeśli chodzi o zmianę reżimu lub kontrolę.
Jakub G. Hornberger
Mój komentarz: Szczególnym obrzydzeniem napawają mnie pojawiające się s24 artykuły gloryfikujące bandyckie działania USA, które stosując bezprawne sankcje gospodarcze prowadzące do do masowych śmierci ludności sankcjonowanych krajów chcą kreować rządy według swojego widzimisie. Te syjonistyczne pieski to przede wszystkim @huysky1994 i @Ted Cruz. Proponuję bojkot tych kreatur.
Inne tematy w dziale Polityka