intuicja
"B" "Życie można przeżyć tylko na dwa sposoby: pierwszy - jakby wszystko było cudem, drugi - jakby nic nie było cudem." Albert Einstein (podobno:) )
139 obserwujących
472 notki
820k odsłon
  629   7

Intuicyjny coming out, COVID, szczepionka i ZNAK z Nieba


Dla tych, którym chce się czytać.


Zawsze miałam i nadal mam zrozumienie dla tzw. obostrzeń czyli maseczek, dystansu, dezynfekcji czy najzwyklejszej w świecie higieny i zdrowej roztropności. Nie sprawia mi problemu dostosowanie się do tych niedogodności. Nie marudziłam, nie marudzę i nie będę marudzić. Noszę, dezynfekuję, nie włażę:)  ludziom na plecy ani w sklepie, ani w kościele.
Mam też olbrzymią wyrozumiałość dla dotychczasowych posunięć rządu (wciąż o covidzie). Czas był i nadal jest bardzo trudny pod każdym względem. Covid z laboratorium wojskowego w Wuhan czymś naturalnym raczej być nie może. Presja zewnętrzna (świat) oraz wewnętrzna (opozycja) również robią swoje.


Nigdy jednak nie zaakceptuję przymusu szczepionkowego!

A ściślej: przymusu przyjęcia preparatu dopuszczonego warunkowo!

Powód I

Po roku szczepień okazuje się, że nie wpłynęły one na obniżenie wskaźników zachorowań  -> vide wczorajsza notka o Danii, gdzie już w lipcu br. zaszczepionych było 80%  osób powyżej 12. roku życia,  a mimo to w listopadzie br. ogłoszono konieczność zaostrzenia restrykcji, ze względu na  "rekordowo wysokie wskaźniki zachorowań":

https://www.salon24.pl/newsroom/1182609,dwa-kraje-nie-beda-sie-juz-patyczkowac-z-niezaszczepionymi-zaklady-pracy-beda-sprawdzac-certyfikaty#comment-21785390


https://www.onet.pl/?utm_source=www.salon24.pl_viasg_medonet&utm_medium=referal&utm_campaign=leo_automatic&srcc=ucs&pid=b790b9e8-fd6c-4b68-b35c-ca7da69214bd&sid=4e9b6959-4f88-4e8b-9613-65de7438fe5a&utm_v=2


Chyba komentarz zbędny.


Powód II


I teraz UWAGA!
Będzie coming out.
Niechętnie, ale chyba jednak trzeba.


Pod koniec kwietnia tego roku przeszłam udar niedokrwienny -> prawa półkula w  dość newralgicznym miejscu -  ruch i czucie (Intuicja bez czucia? tragedia;) ) Wszystkie funkcje poznawcze, mowa itd. - w porządku, choć trudności z koncentracją i pamięcią w porównaniu do stanu poprzedniego odczuwalne (dla mnie, bo przyjaciele i znajomi mówią, że "nic nie widać" ;)) ). Lewa strona - początkowo niedowład, ręka trochę lepiej, noga dużo gorzej, bez możliwości poruszania się, kalectwo jednym słowem, a więc wiadomo - w pierwszej chwili strach, załamanie, może nie rozpacz, bo to jednak nie ja, ale trochę płaczu w poduszkę było. Teraz jest już bardzo, bardzo dobrze (wiara, że Szef na Górze jest ze mną, a jest:)  + samodyscyplina -  ćwiczenia, ćwiczenia, ćwiczenia przyniosły i przynoszą nadal świetne rezultaty. Zapewne niedługo będę już mogła wciskać sprzęgło;) Chodzę (muszę oczywiście zachować ostrożność, bo równowaga wciąż kiepska), pływam (na krótką metę i blisko ścianki;) ), rower - jeszcze wciąż bez szans. Łatwo jednak nie jest (parafrazując "gdy się miało swoje ciało i ziemię całą, a została tylko fotografia, to jest bardzo mało...";) )


I teraz UWAGA po raz drugi!
Miałam znak.
Brzmi niepoważnie dla straszliwie poważnych, racjonalnych, ale proszę, niech każdy sam oceni sprawę.


19 kwietnia (o ile się nie pomyliłam) -  od tego dnia mój rocznik mógł rejestrować się na szczepienia covidowe.
Nie przeczę - zawsze się wahałam.
Drugą dawkę lada moment miała przyjąć moja Mama (lat 77) -> po pierwszej wszystko OK (i nadal OK, chce przyjąć trzecią), a ja wciąż byłam niezdecydowana. Gadałam z moim Kochanym Bogiem, a raczej do Niego:), bo On milczał:) ,  powierzałam to moje niezdecydowanie i nic - cisza.
Przyszedł dzień, kiedy miałam umówić Mamę na drugą dawkę  (załatwiałam sprawę bezpośrednio z przychodnią, nie przez system). Podczas rozmowy z pielęgniarką usłyszałam pytanie -  "a Pani?"
"ok, proszę mnie wpisać. A czym szczepicie mój rocznik?" - odpowiedziałam.
"Astrą"
"a to nie, wolę Pfizera; proszę to przy moim nazwisku zaznaczyć"
"oczywiście, zaznaczyłam, gdy zwolni się jakiś Pfizer - zadzwonimy"

Byłam przekonana, że wyrwałam trochę czasu na dalsze marudzenie... Tymczasem po kilku dniach ok. 17.00 odezwała się moja komórka.

"Dzień dobry, została nam dzisiaj jedna dawka Pfizera, czy mogłaby Pani podjechać w ciągu 10 minut?"

"Tak, oczywiście." - moja pierwsza odpowiedź (bo trochę z zaskoczenia) i w tym momencie myśl jak błyskawica "zaraz, zaraz, nie mam przecież samochodu, potrzebny był Synowi, użyczyłam godzinę temu", więc druga odpowiedź "ach, jednak nie mogę, właśnie uświadomiłam sobie, że nie mam czym podjechać."

"Nie ma problemu, na pewno jeszcze niejeden raz dawki się zwolnią - zadzwonimy do Pani."


Zaledwie kilkuminutowa sytuacja, wiem, ale miała w sobie jakąś taką dynamikę, że uznałam ją za znak,  że mam się powstrzymać.

Następnego dnia "odrejestrowałam się" w przychodni (bo dzwoniliby do mnie przy każdej okazji).

A po niespełna dwóch tygodniach miałam udar niedokrwienny, czyli zakrzep.

W szpitalu zadałam mojej lekarz prowadzącej pytanie: czy, gdybym się zaszczepiła, udar mógłby być rozleglejszy. Odpowiedziała - teoretycznie tak. I to w zupełności wystarczyło, aby ostatni puzzel w tej życiowej układance umieścić.  Dodam tylko, że na pytanie, czy teraz zaszczepić się mogę, usłyszałam "jasne, teraz to już tak."   Cóż za łatwość stawiania takiej diagnozy! Zwłaszcza, że w ciągu pierwszego roku 10% osób przechodzi udar powtórnie, a w ciągu 5 lat - aż 50%.


Oczywistym być powinno, ale jak widać, nie jest i dlatego należy takie banały wciąż powtarzać, że nikogo nie powinno się zmuszać do szczepienia czymś, czego skutków wciąż jeszcze nie znamy. To zwykłe barbarzyństwo, które może starałabym się jakoś zrozumieć, gdyby faktycznie liczba zakażeń malała. Rzecz w tym, że ona nie maleje, co widać chociażby na przykładzie świetnie wyszczepionej Danii, który przytoczyłam na początku notki...

Jedyną konsekwencją akcji szczepionkowej jest więc segregacja sanitarna, czyli kolejny podział, a podziały od Złego pochodzą.

Lubię to! Skomentuj77 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale