Ekranizacje wielkich dzieł literackich od zawsze budzą ogromne emocje. To w gruncie rzeczy test na to, jak mocno trzymamy się papierowego oryginału i ile jesteśmy w stanie wybaczyć filmowcom. Lalka Bolesława Prusa doczekała się w historii polskiej kinematografii kilku ważnych odsłon. Przez lata punktem odniesienia pozostawały dwie klasyczne i wręcz kanoniczne wersje. Pierwsza to wybitny, pełen filmowej poezji obraz Wojciecha Jerzego Hasa z 1968 roku. Druga to niezwykle wierny książce, wieloodcinkowy serial Ryszarda Bera z 1977 roku. To właśnie te produkcje ukształtowały masową wyobraźnię tak mocno, że każda kolejna próba zmierzenia się z tym literackim mitem musi liczyć się z surową i często bezlitosną oceną wiernych odbiorców.
Moja własna ocena Lalki jako ekranizacji wyrasta z przekonania, że najlepsze adaptacje potrafią uchwycić ducha epoki i jednocześnie wydobyć z tekstu uniwersalne dramaty. W przeszłości udawało się to Jerzemu Kamasowi czy Mariuszowi Dmochowskiemu. Dziś staje się to polem do coraz śmielszych i czasem bardzo radykalnych eksperymentów.
Najlepszym przykładem jest fala kontrowersji wokół najnowszego serialu Netfliksa w reżyserii Pawła Maślony. Widzów i krytyków najbardziej uderza niespotykany dotąd w szkolnych lekturach wulgarny i bardzo mocny język, którym posługują się bohaterowie warszawskich salonów. Dla wielu osób widok arystokracji i samego Wokulskiego rzucających ordynarne przekleństwa prosto w twarz innych postaci jest trudną do zaakceptowania profanacją klasyki oraz spłyceniem subtelnej prozy Prusa do poziomu współczesnego rynsztoka. Zamiast dystyngowanych rozmów o miłości i ekonomii publiczność dostała tarantinowski i agresywny sposób mówienia. W zamyśle twórców miał on pewnie zszokować i obudzić widza z letargu. W praktyce wywołał skrajnie różne reakcje. Jedni zarzucają twórcom prostackie gonienie za tanią sensacją. Inni chwalą odważną i bezkompromisową reinterpretację klasyki.
W tym miejscu warto zadać pytanie o to, czy autorzy ekranizacji mają prawo do tak radykalnych zmian i jak daleko mogą się posunąć, ingerując w strukturę literackiego pierwowzoru. Ekranizacja nie jest mechanicznym przełożeniem dzieła na ekran jeden do jednego. To autonomiczna wypowiedź artystyczna, która posługuje się zupełnie innym językiem wizualnym i dramatycznym. Historia teatru i kina zna wiele przypadków, w których klasyczny tekst stawał się jedynie punktem wyjścia do stworzenia nowoczesnego manifestu. Wystarczy przypomnieć głośny spektakl Jana Klaty Szewcy u bram, którego premiera odbyła się w 2007 roku w TR Warszawa. Klatę interesowało nie muzealne odtwarzanie Witkacego, lecz jego nerw. Przeniósł akcję do realiów wielkiego hipermarketu i zestawił polityczne oraz społeczne tematy oryginału ze współczesną rzeczywistością Polski. Efekt był taki, że jedni byli zachwyceni, a inni oburzeni. Klasyka znów okazała się żywą materią, a nie pomnikiem pokrytym kurzem.
I właśnie dlatego, mimo całego zamieszania, cieszę się z kontrowersji i gorących dyskusji, jakie wywołał serial Netfliksa. Mam szczerą nadzieję, że młode pokolenie zaintrygowane powszechnym oburzeniem oraz skrajnymi opiniami krążącymi w mediach społecznościowych sięgnie z ciekawości po oryginalną książkę Prusa. Tylko wtedy będą mogli samodzielnie ocenić i zderzyć nowoczesną wizję ekranową z literacką rzeczywistością. Zobaczą, jaka naprawdę była panna Izabela, jaki naprawdę był rozdarty wewnętrznie Wokulski i jaką rolę odgrywał pełen nostalgii stary subiekt Ignacy Rzecki.
Koniec i bomba, a kto czytał, ten trąba!



Komentarze
Pokaż komentarze (10)