Grafika stworzona przy pomocy sztucznej inteligencji (DALL·E, OpenAI)
Grafika stworzona przy pomocy sztucznej inteligencji (DALL·E, OpenAI)
Ja Falski Ja Falski
128
BLOG

Sąsiedzi, ofiary, sojusznicy. Anatomia polsko-ukraińskiego impasu

Ja Falski Ja Falski Polityka Obserwuj notkę 27
To nie jest tekst historyczny. To opowieść o emocjach, o splątanych ranach i o tym, jak skomplikowane pozostają relacje polsko-ukraińskie, nawet wtedy, gdy na wschodzie płonie wojna.

Najbardziej uderzające jest to, że gdy Putin w 2022 roku ruszał na Ukrainę pod hasłem denazyfikacji, mało kto w Polsce traktował to poważnie. Rosjanie od blisko stu lat nazywają faszystami wszystkich, którzy im się nie podobają, w tym Finów, Bałtów, Polaków i Czechów. Specjalny przydomek „gitlermani” dostali jedynie Niemcy, a dla reszty świata słowo „faszysta” stało się po prostu rosyjskim epitetem na niepokornych. Ukraina słusznie wtedy głośno protestowała, wskazując, że to tylko pretekst i wielkoimperialna obsesja Putina, który nie potrafił pogodzić się z tym, że jego „ruski mir” zaczyna uciekać w stronę Unii Europejskiej i NATO.


I właśnie tutaj zaczyna się dramat naszej pamięci. Z czasem, gdy pierwsze emocje opadły, na powierzchnię wypłynęły fakty, o których wielu na Zachodzie w ogóle nie słyszało, a które my, Polacy, nosimy w genach zbiorowej traumy. Chodzi o Wołyń z lat 1943–1944 oraz rzezie dokonywane przez OUN-B i UPA na polskich cywilach: kobietach, dzieciach i starcach. Dziesiątki tysięcy ofiar ginęły od siekier i wideł w masakrach o takim bestialstwie, że do dziś trudno o nich czytać bez ściskania w gardle. Do tego dochodzi współpraca części ukraińskich nacjonalistów z Niemcami na początku wojny, w tym bataliony Nachtigall i Roland, a później czternasta Dywizja Waffen-SS „Galicja”, a także ukraińscy policjanci i strażnicy obozowi zamieszani w Holokaust oraz pacyfikacje.


Nie była to oczywiście cała Ukraina. Miliony Ukraińców walczyły w Armii Czerwonej, wielu ratowało Polaków i Żydów, a sami również padali ofiarą dwóch totalitaryzmów. Jednak współczesna heroizacja Bandery, Szuchewycza i UPA na Ukrainie, widoczna w pomnikach, nazwach ulic i oficjalnym kulcie, po prostu boli. Szczególnie mocno boli tutaj, nad Wisłą.


W tym punkcie wpadamy w impas intelektualny i moralny. Z jednej strony paraliżuje nas strach, by nie pomagać Ukrainie, gdy rosyjskie wojska popełniają zbrodnie w Buczy, Mariupolu i Irpieniu oraz deportują dzieci. Z drugiej strony boimy się zapomnieć o tym, co wycierpieliśmy od ukraińskich nacjonalistów ponad siedemdziesiąt lat temu. Putin jest zbrodniarzem i agresorem, czego nie da się usprawiedliwić żadnymi faktami historycznymi, a jego denazyfikacja to cyniczna propaganda służąca podbojowi. Jednocześnie nie można udawać, że problemy ukraińskiego nacjonalizmu to kremlowska bujda. Batalion Azov z jego początkowo neonazistowskimi korzeniami, tolerancja dla skrajnej prawicy w warunkach wojny, marsze i symbole istnieją naprawdę.


Jesteśmy więc w pułapce. Chcemy, żeby Ukraina przetrwała jako niepodległe państwo, ponieważ rosyjskie imperium stanowi zagrożenie dla całej naszej części Europy. Jednocześnie nie potrafimy i nie powinniśmy zamykać oczu na wołyńskie ofiary oraz na to, jak selektywna bywa ukraińska pamięć historyczna. Pojednanie nie może przecież polegać na tym, że jedna strona ma milczeć, a druga dostaje czystą kartę.


To właśnie czyni relacje polsko-ukraińskie tak niezwykle skomplikowanymi. Nie ma tu prostych odpowiedzi ani idealnie czystych rąk. Jest tylko bolesna, obustronna pamięć oraz świadomość, że pomoc Ukrainie w obronie przed Rosją nie zwalnia nas z obowiązku mówienia prawdy, a ich z obowiązku jej wysłuchania. Emocje pozostaną z nami jeszcze długo, bo to nie jest spór o daty i liczby. To spór o to, kim dla siebie jesteśmy: sąsiadami, ofiarami, sojusznikami czy może wszystkim naraz.


W tym miejscu jednak romantyzm bezwarunkowej pomocy zderza się z twardą, cyniczną rzeczywistością, w której na pojednanie zaczyna brakować miejsca. Trudno bowiem budować jakikolwiek dialog, gdy druga strona unika rozmowy o naszych ofiarach, a polską obecność historyczną na Kresach zaczyna wprost nazywać najazdem i okupacją własnych ziem. W obliczu takiego dyktatu, dotychczasowa solidarność zaczyna pękać, a w polskim społeczeństwie rodzi się naturalne, głębokie zmęczenie. Trudno utrzymać dawną motywację do ponoszenia ogromnych kosztów, do finansowania Starlinków i dalszego militarnego oraz humanitarnego wysiłku, gdy w zamian za otwarte serca otrzymujemy historyczny mur i relatywizację zbrodni. Bez elementarnego szacunku dla naszej pamięci, polska pomoc przestaje być moralnym odruchem, a staje się jedynie chłodną transakcją geopolityczną, w której coraz wyraźniej widzimy, że lojalność i wdzięczność działają tylko w jedną stronę.

Ja Falski
O mnie Ja Falski

Możesz uciszyć pięćdziesięciu uczonych jednym faktem, ale nie uciszysz idioty pięćdziesięcioma faktami. Czytam źródła. Piszę wnioski.

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (27)

Inne tematy w dziale Polityka