Coraz bardziej wnerwia mnie depresyjny ton polskiej publicystyki. Konkretnie chodzi mi o dziwne rozdwojenie jaźni cechujące naszych publicystów, którzy z jednej strony cieszą się, że jeszcze Polska nie zginęła, ale z drugiej strony udowadniają w każdej niemal wypowiedzi, że nie warto żyć, bo mamy coraz denniejszych polityków.
Chciałbym nieco rozproszyć mroki tego czarnowidztwa i wykazać, że z naszymi politykami wcale nie jest tak źle. Wbrew może oczekiwaniom, nie będę się tu wdawał w rehabilitację takich gigantów politycznych jak Donald Tusk czy Jarosław Kaczyński. Zamiast tego odniosę się do postaci najwyżej stojących, czyli do naszych prezydentów.
Żeby jednak skutecznie podnieść ich z dna, trzeba najpierw dostarczyć odpowiedniego wzorca. Pomyślałem natychmiast o George’u Washingtonie, któż bowiem może być bardziej odpowiedni niż on. Sądzę, że dla wyrazistego oświetlenia postaci tego prezydenta wystarczy tylko jeden przykład z historii, którą współtworzył.
Otóż po wyczerpującej wojnie narodowowyzwoleńczej na terenie obecnych Stanów Zjednoczonych, znanej również pod nazwą rewolucji amerykańskiej, Kongres Kontynentalny nie był w stanie wywiązywać się z wypłat zaległego żołdu i z obowiązku łożenia funduszów na bieżące potrzeby armii. W wyniku zrozumiałej frustracji, w środowisku amerykańskiej generalicji zrodził się ciekawy pomysł obalenia Kongresu w drodze coup d’état i ustanowienia monarchii konstytucyjnej z George’em Washingtonem w charakterze pierwszego króla. George Washington oferowany mu tron z oburzeniem odrzucił, przechodząc do historii jako jedyny w dziejach polityk, który odmówił korony.
Nie wiem dlaczego pamięć podsunęła mi akurat ten epizod z dziejów chwiejącego się obecnie w posadach mocarstwa. Ale skoro już podsunęła, to co szkodzi pospekulować, czy odrzucenia korony można by się spodziewać również po naszych prezydentach. Ilu ich było ostatnio? Było ich siedmiu; powtarzam - SIEDMIU. Są to Jaruzelski, Wałęsa, Kwaśniewski, Kaczyński, Komorowski, Duda, Nawrocki. Zacznijmy może od końca.
Karol Nawrocki. Wcale niewykluczone, że historia nada mu miano polskiego George’a Washingtona. Już sama powierzchowność obydwu prezydentów - ponad 185 cm wzrostu, ponad 90 kg wagi - wręcz narzuca upamiętnienie w ten sposób dwóch kadencji Nawrockiego. Chyba nikt normalny nie myśli, że skończy się na jednej?
Nawrockiemu, podobnie jak Washingtonowi, przyszło żyć w przełomowych czasach. W amerykańskich koloniach wcale nie żyło się źle. Washingtonowi było tak dobrze w Wirginii, że początkowo nie chciał walczyć o niepodległość, uważając się za Anglika.
Nawrocki o pełnej suwerenności Polski też z początku za wiele nie myślał. Najpierw bez reszty pochłaniał go sport, później działalność na rzecz sportu. Działalności politycznej poświęcił się dopiero gdy zrozumiał, że czasy „Solidarności”, czasy uczestnictwa jego ojca w historycznych strajkach i manifestacjach, idą na marne i że konieczność stawiania oporu władzy nie umarła wraz z upadkiem komuny.
Podobny przełom nastąpił w życiu Washingtona, który zgłosił swój akces do ruchu oporu wobec Wielkiej Brytanii dopiero gdy ta narzuciła mieszkańcom amerykańskich kolonii płacenie podatków, mimo że nie mieli oni własnych reprezentantów w brytyjskim parlamencie.
Nawrocki spadł szeregowym Polakom jak z nieba, gdy jasna strona mocy, marząca o przejęciu z powrotem pełni władzy, już, już witała się z gąską. Podobnie Amerykanom spadł jak z nieba Washington (wraz z Kościuszką i Pułaskim), gdy brytyjski korpus ekspedycyjny wylądował na Staten Island i zajmował po kolei Nowy Jork, Filadelfię, Savannah i Charleston.
Prezydentura Nawrockiemu nie dostała się za nic. Jego długą drogę do objęcia tego stanowiska zapoczątkowało rozpoczęcie pracy w Instytucie Pamięci Narodowej. Niestrudzenie pokonywane etapy tej drogi były jak kolejne kampanie wojenne Washingtona. Postawiony tu znak równości może być uznany za grubą przesadę. Proszę jednak uwzględnić to, że Nawrocki i Washington są przeze mnie porównywani do siebie przede wszystkim jako przywódcy państw, którzy uosabiają etos walki o suwerenność i tradycyjne wartości.
O bezwzględnej wierności Nawrockiego temu etosowi dobitnie świadczą jego weta prezydenckie, podpisane przez niego ustawy i niepotwierdzone jego podpisem ambasadorskie kandydatury wysunięte przez podwładnych premiera, dla którego Polska to nienormalność.
Karol Nawrocki dopiero od niespełna roku pełni urząd prezydenta, ale zdążył już swoją postawą przekonać wielu Polaków, że chce im służyć, a nie panować. Co oznacza, że wzorem Washingtona, który także opierał siłę państwa na obronie wolności obywatelskich, koronę by odrzucił.
Drugi od końca prezydent, Andrzej Duda, na pierwszy rzut oka ma się nijak do Washingtona. W przeciwieństwie do niego nigdy nie był generałem. Nie brał nawet udziału w wojnie narodowowyzwoleńczej na terenie PRL, zbyt młody wiek nie pozwolił mu na to. Jedynie patriotycznym tradycjom rodzinnym zawdzięcza, że ideały Washingtona bardzo szybko stały się jego ideałami. Inaczej nie zaangażowałby się przecież u progu dorosłego życia w kampanię prezydencką kandydata „Solidarności”, którego cała Polska z czułą poufałością nazywała Lechu.
Droga Dudy nie była prosta. Wiodła przez zwycięstwa, rozczarowania, porażki i wielkie tragedie. On się jej uparcie trzymał. (Jak przystało na niezłomnego człowieka - dorzuci może ktoś wyjątkowo złośliwy.) Wierność raz wybranej drodze wyniosła go, podobnie jak niegdyś Washingtona, na czoło narodu. Duda tak samo jak Washington bez wysiłku zapewnił sobie drugą kadencję i nic oprócz konstytucji nie wzbraniało mu sięgnięcia po trzecią, a nawet przyjęcia korony, gdyby tak się gwiazdy ułożyły.
Korona jest wielką pokusą. Jeden z naszych premierów, na przykład, nie oparł się pokusie zostania królem Zjednoczonej Europy w momencie, gdy oznaczało to niedwołalną klęskę jego partii w nadchodzących wyborach.
Duda natomiast już udowodnił, że wielkie pokusy nie mają do niego przystępu. Mógł spokojnie podpisać dwie ustawy PiS dotyczące sądów, jednak obie zawetował, choć z góry wiedział, co go po tym czeka - nienawiść obozu, z którego wyszedł, tępa zajadłość tych, których pokonał w wyborach, tanie połajanki opozycyjnych dziennikarzy, pogarda motłochu.
Wszystko to miał jak w banku i został spłacony co do grosza. Odtąd mógł liczyć tylko na zwykłych ludzi, którzy dwa lata później wybrali go ponownie na swojego prezydenta. Czy ktoś taki wypiąłby się na demokrację i przyjął koronę? Przypuszczam, że wątpię.
Komorowski, podobnie jak Washington, pochodzi ze szlacheckiej rodziny, tak samo jak on od małego wychowywany był na gentelmena, i trzeba dodać, na dobrego obywatela, jako że w przeciwieństwie do amerykańskiego prezydenta dochował się gromadki dzieci. Zanim wzorem George’a Washingtona zaczął tworzyć historię, ukończył studia historyczne na UW.
Jest to kolejny punkt na jego korzyść, bo Washington rozstał się ze szkołą w wieku 17 lat. Rzucenie nauki nie przeszkodziło przyszłemu prezydentowi USA w uzyskaniu pięciu doktoratów honoris causa, niemniej biegłością w piśmie, zdaniem Johna Adamsa, który objął po nim prezydenturę, nigdy nie grzeszył, co zresztą ociepla jego wizerunek, podobnie jak pewna nieporadność w tej materii ocieplała osobę Komorowskiego, który też ma na koncie pięć doktoratów honoris causa.
Najistotniejsze jednak jest to, że nie inaczej niż Washington, Bronisław Komorowski już od wczesnej młodości knuł przeciwko legalnej, ale narzuconej z zewnątrz władzy, którą na spółkę z Janem Pawłem II, Ronaldem Reaganem i kolegami z opozycji w końcu obalił. Czy w razie czego przyjąłby koronę, nie wiem. Jako autentyczny szlachcic, dlaczego miałby nie przyjąć?
Sądząc jednak z jego postawy, bardziej chyba odpowiadało mu stanowisko prezydenta. Bo w sumie czego więcej było mu trzeba? Stał wysoko i w ogóle. Oczywiście grubą przesadą byłoby twierdzenie, że właściwie nic nie robił i za nic nie odpowiadał. W końcu z nic nierobieniem znacznie lepiej radził sobie premier Tusk i na tle jego rządów prezydenckie obowiązki można wręcz uznać za katorgę. Szczerze jednak mówiąc, katorga to nie była. I niech tak już zostanie.
Między Kaczyńskim i Washingtonem też są liczne różnice i podobieństwa. Istotnym przykładem różnic jest to, że Washington do dziś pozostaje jedynym prezydentem wybranym większością 100% głosów, podczas gdy Kaczyński wygrał większością zaledwie 20%, nie zdobywając nawet palmy pierszeństwa pod względem mikrości przewagi, gdyż ta słusznie należy się Jaruzelskiemu, który zwyciężył jednym, jedniutkim głosikiem.
Teraz podobieństwa. Washington choć nie był członkiem Partii Federalistów, to jednak popierał jej program i był jej ideowym liderem. Podobnie Lech Kaczyński – nie należał do PiS, ale popierał program tej partii i był jej duchowym przywódcą, przynajmniej nominalnie, you know what I mean…
Trzeba również pamiętać, że analogicznie do Washingtona niechętnie startował na prezydenta, a przedtem zasłużył się w zwycięskich zmaganiach o niepodległość. Powszechnie uważano, że pisowskiej władzy będzie bronił jak generał Jaruzelski socjalizmu, jednak po przegranych wyborach parlamentarnych zamiast przeprowadzić z bratem zamach stanu, czyli to, co proponowano Washingtonowi, ku zaskoczeniu najwybitniejszych komentatorów politycznych najzwyczajniej w świecie oddał władzę Tuskowi. Biorąc to wszystko pod uwagę, można z dużą dozą pewności założyć, że ten prezydent nie przyjąłby korony.
Kto następny od końca do golenia? Kwaśniewski. Jego podobieństwa do Washingtona są również niezaprzeczalne. Też uczestniczył w zmaganiach o niepodległość, to że po stronie wojsk Układu Warszawskiego jest sprawą drugorzędną. Podobnie jak Washington nie miał też konta w szwajcarskim banku. Mogąc skutecznie poprzeć swych duchowych braci z SLD dążących do restauracji komuny, mrzonki te ostatecznie przekreślił w drodze chytrej dywersji, pozując na pijaka, naprawdę nim nie będąc. Oczekiwać, że taki człowiek dla dogodzenia własnej ambicji połaszczyłby się na koronę jest niepodobieństwem. Następny do golenia.
Wałęsa. Otóż Wałęsa i Washington to niemal bliźniacy polityczni. Obaj od dzieciństwa przejawiali wybitne uzdolnienia przywódcze, obaj firmowali swoimi osobami żądania polityczne i ekonomiczne przedłożone dotychczasowym władcom, obaj powiedli swe narody do zwycięstwa.
Niemniej Lech Wałęsa koronę by przyjął. Powiedzmy to sobie od razu, ale niech nam nawet nie zaświta w głowie, że zrobiłby to z niskich pobudek. Dla człowieka jego pokroju liczy się przede wszystkim wierność tradycji. Przypomnijmy sobie w tym miejscu króla Piasta, który ze skromnego kołodzieja wyrósł na ojca narodu (za króla Piasta Polska wyrasta). Analogia się sama narzuca.
W XX wieku kołodziejstwo nie wchodziło w rachubę, ale ktoś taki jak Piast mógłby być skromnym elektrykiem. Ergo, mógłby być Lechem Wałęsą. A skoro mógłby być Lechem Wałęsą, to może wręcz wcielił się w Lecha Wałęsę. Są na ziemi i niebie rzeczy, o których się filozofom nie śniło, nie można czegoś takiego wykluczać. Jest to zresztą nieistotny detal. Lech Wałęsa, czy się weń ktoś naprawdę wcielił, czy nie, jest wcieleniem Piasta. A ponieważ nim jest, to powinien nim być ze wszystkim, co niesie tradycja, nie wyłączając tytułu króla.
Ten tytuł mu się po prostu należy, tak jak tytuł ojca odrodzonej Polski. Nie wierzę, że człowiek, który w klapie nosi wieczny dowód wierności tradycji, mógłby odmówić uznania tych racji i przywdziania korony. Z początku oczywiście by się gwałtownie opierał, w końcu jednak machnąłby ręką i ze słowami „nie chcem, ale muszem” na pewno by przywdział.
No, kto tam jeszcze siedzi w kącie z nieogoloną szczeciną? A, Jaruzelski. Jaruzelski jest również bliźniaczo podobny do Washingtona. Obaj byli naczelnymi generałami, obaj stoczyli zwycięskie wojny i obaj zostali pierwszymi powojennymi prezydentami. Obaj też zademonstrowali prawidłowy stosunek do własnych zasług wojennych, starając się ich nadmiernie nie podkreślać.
Przyjęcie korony przyniosłoby Jaruzelskiemu bardzo wymierne korzyści. Jako król mógłby się cieszyć dożywotnim panowaniem, co w porównaniu z dożywotnim przebywaniem na ławie oskarżonych było o wiele ponętniejszą opcją. Niestety peerelowskiej generalicji nie przyszło na myśl, by zaproponować mu koronę, gdyż po prostu zabrakło jej motywacji. Na co, jak na co, ale na brak żołdu i zaopatrzenia ludowe wojsko po zwycięskiej wojnie nie mogło narzekać. I to zemściło się na Jaruzelskim, który armii to wszystko zapewnił. Z czego morał jest taki, że dobroć nie zawsze popłaca.
Podsumowując, trzeba stwierdzić, że dzisiejsi publicyści najwidoczniej oglądają polskich polityków w jakimś krzywym zwierciadle. Nasi politycy wcale nie są denni. To, że na siedmiu ostatnich prezydentów czterech najprawdopodobniej odrzuciłoby koronę, piątemu na niej nie zależało, szósty przyjąłby ją tylko ze wstrętu do sprzeciwienia się tradycji, a siódmy nie otrzymał propozycji jej przyjęcia z powodu nadmiernej dobroci serca, powinno napawać każdego najgłębszym optymizmem. Podnoszone w mediach larum jest zupełnie zbędne. Miejmy nadzieję, że sfinalizowanie zakupu 32 wielozadaniowych myśliwców F-35A i dotarcie już aż trzech do polskiej bazy lotniczej w Łasku wpłynie tonująco na nastroje malkontentów.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)