Kolejny brytyjski premier (Keir Starmer) wyprowadza się przedwcześnie z siedziby Rządu Jego Królewskiej Mości przy Downing Street 10 w Londynie. Czy razem z nim z tejże siedziby wyprowadzi się przedwcześnie również koncepcja unicestwienia Rosji rękami mieszkańców Ukrainy? Otóż nie. Ustalenia minionego właśnie szczytu we Francji brzmią bowiem jednoznacznie:
Państwa G7 zobowiązują się do zwiększenia dostaw środków obrony powietrznej, systemów przechwytujących oraz broni dalekiego zasięgu dla Ukrainy. Zgadzają się ponadto rozważyć przyznanie Ukrainie licencji na produkcję wyżej wymienionych efektorów.
Zatem jeśli ktoś żywił obawy, że dymisja Starmera postawi kwestię unicestwienia Rosji pod znakiem zapytania, to może już ich nie żywić. Zwłaszcza, że przywódcy G7 ustalili również, że sytuacja na froncie ulega zmianie na korzyść Ukrainy.
Na opróżnione stanowisko premiera Wielkiej Brytanii został podobno namaszczony kolejny laburzysta (Andy Burnham), który nie wyrzuci przecież do kosza koncepcji rozpizgania Rosji rękami Ukraińców. Czegoś takiego mógłby się dopuścić jedynie kandydat skrajnej prawicy, Nigel Farage. I właśnie dlatego wolny świat nie da temu politykowi zamieszkać na Downing Street 10, choć w innej sytuacji politycznej kto wie może by dał.
Co do sytuacji na froncie, to ulega ona zmianie na korzyść Ukrainy o tyle, że wojna z Rosją mogłaby się skończyć już po zajęciu przez Rosjan całego Donbasu. Rosja też ma tego konfliktu serdecznie dosyć i niewykluczone, że chętnie poprzestałaby na Donbasie, machnąwszy rękę na resztę planowanych zdobyczy, gdyby państwa G7, łaknące rosyjskiego gazu jak kania dżdżu, zdołały jakoś namówić Ukrainę na odżałowanie wszystkiego, co wyrwali jej Moskale.
Z góry wiadomo, że Ukraina na taki deal nie pójdzie. Jej męczarnie, przy anemicznej pomocy Zachodu, będą musiały trwać dalej, bo żaden szanujący się sygnatariusz ustaleń francuskiego szczytu nie przyzna, że zobowiązania państw G7 były obietnicami bez pokrycia.
Człowiek jest niepoprawną istotą; wiem to po sobie. Podskakuje z radości jak pajacyk na gumce za każdym razem, gdy mu się zdaje, że nastąpił wielki przełom. Było tak w 2022 roku na wieść o wygnaniu Rosjan spod Kijowa i było tak parę dni temu na wieść o Moskwie w ogniu. Oba te wydarzenia miały zwiastować porażkę Rosji. Stąd radosne podskoki, moje i wielu innych. Tymczasem wojna jak się toczyła starą koleiną, tak się toczy.
Rosja w odpowiedzi na zniszczenie moskiewskiej rafinerii nie uznała nawet za konieczne wykonanie odwetowego superuderzenia. Po prostu jak lodowiec milimetr po milimetrze sunie przed siebie. Głównie w stronę Drużkiwki, Kramatorska i Słowiańska z głębokiego występu w okolicach Nowopawliwki, z prawie już zajętych Konstantiniwki i Czasiw Jaru, z dawno już „wyzwolonego” Siewierska, z zajmowanego w tej chwili Łymanu. Sunie przed siebie nie bacząc ani na moskiewski szok, ani na wzniecony przez ukraińskie rakiety i drony logistyczny kryzys na Krymie, też skłaniający niepoprawne ludzkie istoty do radosnych podskoków.
Po „wyzwoleniu” Pokrowska i Myrnohradu pół roku temu oraz Hulajpola miesiąc później rosyjski lodowiec sunie na zachód w stronę strategicznie kluczowej miejscowości Orichiw, do której najeźdźcy zmierzają również od zachodniej strony, z niepozornego sioła Szczerbaky. Od południa Rosjanie dotarli brzegiem Dniepru niemal do przedmieść ponad półmilionowego Zaporoża. Na szczęście Ukraińcy w ostatnich miesiącach ich stamtąd wyparli z powrotem do zajętej rok temu sporej miejscowości Kamiańskie.
Tak się naprawdę przestawia zmiana sytuacji na froncie na korzyść Ukrainy.
Rosyjscy i prorosyjscy komentatorzy próbują bagatelizować ukraińskie ataki na Moskwę i Krym. Pewien słynący dotychczas z wielkiej rzetelności zachodni komentator, bezsporny autorytet w sprawach Rosji i Bliskiego Wschodu, zniżył się nawet do głoszenia oczywistej nieprawdy. Według niego szkody spowodowane na terenie moskiewskiej rafinerii były nieznaczne, bo Ukraińcy wyposażyli wystrzelone tam pociski w głowice napełnione kerozyną, czyli naftą, żeby uzyskać ów apokaliptyczny widok czarnego dymu wznoszącego się wysoko nad miastem, który miał pozytywnie nastawić zachodnią opinię publiczną do kwestii ukraińskiej.
Szkody były jednak autentyczne i niemałe. Liczne relacje przekazane wolnemu światu bezpośrednio z Moskwy i z Krymu nie pozostawiają co do tego żadnych wątpliwości. Polscy geopolitcy są wręcz przekonani, że wreszcie mamy game changer, na który wszyscy tak czekali. Uderzenia długiej ręki w końcu przechylają szalę.
Nie wiem, nie znam się, zarobiony jestem, ale w eksperckich środowiskach podobno obowiązuje również pogląd, że rakietowe ostrzały i bombardowania wrogiego terytorium, jego infrastruktury militarnej i cywilnej, nawet te najbardziej druzgoczące, niewiele dają, w każdym razie nie rozstrzygają wojen. Że wojny są rozstrzygane tylko i wyłącznie na placu boju, w bezpośrednich starciach sił zbrojnych. Dlatego Hitler nie pokonał Wielkiej Brytanii, dlatego Trump i Netanjaho nie mogą pokonać Iranu, może dlatego rozumiejący to Putin nie śpieszy się z dewastującym atakiem powietrznym na Kijów.
Ostatnio wszystko dzieje się naraz. Tego samego dnia Moskwa staje w ogniu i polski prezydent odbiera prezydentowi Zełenskiemu Order Orła Białego. Radość z sukcesu Ukrainy zderza się z polityczną wściekłością na nią.
Dobra emocja rozpłynęła się szybciej niż czarny dym nad Moskwą, natomiast moralny kac po awanturze z Orderem wciąż trwa. Oznaczać to może tylko jedno. Że nie czujemy się w porządku wobec Ukrainy i prezydenta Zełenskiego.
Ukraina i Wołodymyr Zełenski nie zrobili nic przeciwko Polsce. Decyzja o nazwie jednostki wojskowej była ich wewnętrzną sprawą. Oburzenie Polaków na tę decyzję to z kolei nasza wewnętrzna sprawa. Tych dwóch spraw nie należało ze sobą mieszać, szczególnie teraz, gdy stojący od czterech lat w polu ukraińscy żołnierze biją się rozpaczliwie o istnienie ich państwa. Szkoda, że nie zdobyliśmy się na odrobinę zrozumienia.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)