Na początku lat siedemdziesiątych XIX wieku największy rosyjski pisarz Fiodor Dostojewski kazał jednej ze swoich postaci wypowiedzieć następujące słowa: „Wobec Amerykanów jesteśmy jak małe dzieci i trzeba się urodzić w Ameryce albo przynajmniej zżyć się z Amerykanami w ciągu długich lat, aby stanąć z nimi na równi”.
Wtedy nikt jeszcze nie uważał Ameryki za najpotężniejsze mocarstwo w historii. Ameryka stała się nim dopiero w drugiej połowie XX wieku. Ale Dostojewski chyba już przeczuwał, że wkrótce zajmie ona pozycję numer 1 w rankingu światowych potęg. Czytał dzieła Alexisa de Tocqueville’a i podobnie jak on z ubolewaniem przyjmował coraz wyraźniejsze oznaki nadchodzenia amerykańskiej hegemonii.
Obawy tych dwóch myślicieli wyrastały z diametralnie przeciwstawnych pozycji. Tocqueville wciąż wierzył w dziejową misję arystokracji i w pragmatyzmie Amerykanów widział zagrożenie dla jej wypracowanych na przestrzeni wieków osiągnięć. W oczach Dostojewskiego natomiast dominacja Ameryki mogła przynieść szkodę rosyjskiemu prawosławiu, które jego zdaniem było jedyną drogą zbawienia świata.
Wzmianki o Ameryce pojawiały się niezmiernie rzadko w książkach Dostojewskiego. Jego „Biesy” mogłyby się doskonale obyć bez przytoczonej w pierwszym akapicie refleksji Iwana Szatowa na temat Amerykanów. Jej brak w niczym by nie zmienił wymowy tego arcydzieła. A jednak Dostojewski uznał za konieczne dopilnować, by w życiorysie postaci, która podzieliła tragiczny los swego pierwowzoru, znalazł się amerykański epizod. Mord na rzeczywistym Iwanie dokonany przez fanatyków postępu stał się inspiracją do napisania „Biesów”. Jednak zamordowany pierwowzór nigdy nie był w Ameryce. Ameryka była potrzebna Dostojewskiemu w tej powieści jako miejsce, z którego trzeba uciekać, jeśli się chce zachować poczucie własnej godności. I Szatow uciekł.
Obawy Tocqueville’a i Dostojewskiego spełniły się z dokładnością przystojącą wielkim prorokom. W obrębie jednego stulecia Ameryka zawładnęła światem. Świat oddał jej się wraz z duszą i butami. Nastąpiła powszechna amerykanizacja. Co ambitniejsi obywatele wszystkich bez wyjątków krajów wychodzili ze skóry, by stanąć na równi z Amerykanami.
To stulecie podobno właśnie mija. Dzisiaj nie francuskim, nie rosyjskim, lecz amerykańskim myślicielom przychodzi ubolewać nad wyrastaniem obcej potęgi, która może sięgnąć po światowy prymat. Są wśród nich słynni profesorowie, John Mearsheimer i Jeffrey Sachs. Ba, jest nawet sam Trump, niebędący w klasycznym sensie myślicielem. Spośród tej trójki tylko on nie poddaje się zwątpieniu i trzeba wyraźnie zaznaczyć, że tę jego niezłomną postawę podziela grono innych amerykańskich myślicieli, w klasycznym sensie. Wszyscy oni podkreślają istnienie szeregu uwarunkowań, dzięki którym prymat Ameryki jest niezatapialny i takim pozostanie na wieki.
Do niezłomnych należy Niall Ferguson, historyk z Instytutu Hoovera, który często argumentuje, że kluczowe czynniki amerykańskiego sukcesu, jakimi są rynki kapitałowe, rządy prawa oraz innowacje technologiczne, pozwalają Stanom Zjednoczonym przetrwać okresy dysfunkcji politycznej lepiej niż ich konkurentom. Z kolei strateg geopolityczny, Peter Zeihan, utrzymuje, że unikalna geografia, potencjał rolniczy oraz stabilność demograficzna Stanów Zjednoczonych gwarantują im status supermocarstwa w dającej się przewidzieć przyszłości. Zaś Robert Kaplan, analityk polityki zagranicznej, postrzega amerykańską dominację jako geograficzną i instytucjonalną nieuchronność, niezależnie od wahań w sferze polityki zagranicznej czy cykli koniunkturalnych.
Podobnie widzi to historyk Stephen Kotkin, autor trzytomowej biografii Stalina. Jego zdaniem nieokrzesany Trump, nie bardzo nawet wiedząc co robi, przemebluje świat, ukróci fiskalne szaleństwo rozpętane przez amerykańską beztroskę, obroni przed wojującą lewicą amerykańskie instytucje, które są ostoją amerykańskiej demokracji, zgalwanizuje rozleniwione dobrobytem zachodnie elity, zaprzęgnie sojusznicze kraje do osłabiania Chin i przez samo to nie dopuści do upadku dolara. Stephen Kotkin nie ma wątpliwości: BRICS jest mrzonką. Ameryka wyjdzie z tego kryzysu na drugi brzeg. Nie ma alternatywy dla międzynarodowego porządku pod jej przewodnictwem.
Niemal identycznymi szlakami myślowymi podąża słynny historyk i geopolityk, profesor Victor Hanson. W jednym z ostatnich wystąpień z typową dla siebie zwięzłością i celnością wręcz zrekapitulował on - bez intencji czynienia tego - argumenty czterech ekspertów omówione w dwóch poprzednich akapitach, dodając własne przemyślenia. Punktem wyjścia do jego rozważań była niedawna wizyta Trumpa w Pekinie.
Profesor Hanson sprawiedliwie odnotowuje, że po tej wizycie ludzie małego ducha wzdychają: Trudna rada, Chiny nas zastąpią. Ludzi takich nazywa deklinistami, od słowa decline, podupadać. W sensie, że Ameryka ma niby znajdować się w fazie schyłkowej. Jego zdaniem obawa przed ekspansją Chin widoczna jest już na Wall Street, wśród niektórych wojskowych, żywi ją mnóstwo ludzi z lewicy, na szczęście niewielu z prawicy. Profesor stanowczo nie podziela tych nastrojów. Trzeba do tej kwestii podchodzić w sposób empiryczny, mówi.
Według niego istnieje szereg podstawowych czynników, które pozwalają społeczeństwom się rozwijać. Są one uniwersalne, odwieczne. Jednym z nich jest paliwo. Ameryka jest obecnie największym na świecie producentem gazu i ropy naftowej.
Następnym czynnikiem jest żywność. Wartość produktów rolnych Ameryki osiągnęła historyczne maksimum. Ameryka jest pod tym względem całkowicie samowystarczalna, będąc jednocześnie największym eksporterem żywności na świecie.
Kolejny czynnik – edukacja. Profesor Hanson powołuje się na ranking edukacyjny brytyjskiego „Timesa”, który przeanalizował 50 najlepszych uniwersytetów na świecie, przy czym okazało się, że 90% z nich znajduje się właśnie w Ameryce – zwłaszcza w naukach ścisłych.
Jeśli chodzi o dzietność, Ameryka radzi sobie znacznie lepiej niż Europa z jej wskaźnikiem 1,3 i o wiele, wiele lepiej niż Chiny z ich wskaźnikiem 1,0 – co oznacza kurczące się i starzejące społeczeństwo. Amerykanie utrzymują poziom 1,7 - najwyższy z możliwych w całej zachodniej półkuli.
W sferze militarnej Ameryka przeznacza na obronność największe środki finansowe w historii, a także największe od wielu lat, jeśli wziąć pod uwagę ich udział procentowy w budżecie USA. To Amerykanie wynaleźli lotniskowiec. Ameryka dysponuje jedenastoma grupami lotniskowców. Posiada najbardziej zaawansowane technologicznie uzbrojenie na świecie - zwłaszcza w dziedzinie działań kosmicznych. Ma program NASA, a do tego dochodzi prywatny SpaceX. Sam SpaceX przewyższa większość innych programów kosmicznych realizowanych w pozostałych częściach świata.
Tak więc - reasumuje profesor Hanson - w świetle jakiejkolwiek fundamentalnej oceny, Ameryka nie jest w żadnym stanie upadku. Dlaczego więc niektórzy ludzie twierdzą, że jest? – pyta i zaraz odpowiada: Zazwyczaj mówią tak dlatego, że są niezadowoleni z działań partii przeciwnej. Większość tych głosów płynie teraz z lewicy. Wszyscy w MSNBC i CNN twierdzili, że szczyt w Pekinie okazał się katastrofą, Xi miał w ręku wszystkie karty, Trump dał się ograć.
Amerykański uczony odrzuca te twierdzenia jako narrację deklinistów, starając się zarazem objaśnić to zjawisko: Deklinizm jest w pewnym sensie nieodłącznym elementem społeczeństw zachodnich, które są paranoiczne w stosunku do pojęcia upadku, zwłaszcza gdy chodzi o Amerykę. Przez całą resztę swego wystąpienia profesor po kolei zbija narracje deklinistów niezmordowanie aplikowane Ameryce i światu przez prawie sto ostatnich lat:
Podczas Wielkiego Kryzysu, który rozpoczął się w 1929 roku załamaniem na giełdzie, bezrobocie w Ameryce osiągnęło poziom 25%. Ludzie ci mówili wtedy: Spójrzcie na Europę. Jest tam nowy paradygmat. Faszystowskie Włochy, faszystowskie Niemcy. Hitler buduje autostrady. Mussolini buduje koleje. Mają nową formułę. Nie ugrzęźli w kryzysie jak my. Zbroją się. Nie wygralibyśmy wojny z Niemcami. Ich Luftwaffe jest nie do pokonania. Istotnie, w 1939 roku, kiedy wybuchła wojna w Europie, amerykańska armia była mniejsza niż armia Portugalii.
A cztery lata później Ameryka zniszczyła wszystkich wrogów. Jej gospodarka była większa niż gospodarki wszystkich stron walczących w tej wojnie łącznie. Marynarka wojenna Ameryki była największą flotą w historii. Była większa niż marynarki wojenne jej sojuszników i wrogów razem wzięte.
Przedwojenne krakanie deklinistów - kontynuuje Victor Hanson - było tylko chwilową paranoją. Ale typową. Bo oto po II wojnie światowej, nasz sojusznik, Związek Radziecki, nagle zmienił front, stał się wrogiem, nawet po tym, jak w ramach Lend-Lease Ameryka wsparła w 30 procentach wysiłek wojenny społeczeństwa radzieckiego. Mowa o 30 procentach całkowitej ilości jego paliw, środków łączności, umundurowania, żywności, samolotów, wszystkiego. A jednak Kreml zainicjował zimną wojnę.
I wtedy ludzie bardzo się przestraszyli. Mówiono im, że ta totalitarna gospodarka nakazowo-rozdzielcza jest niezwykle, wręcz nadzwyczaj wydajna. Że jest lepsza od amerykańskiej. Bo tylko popatrzcie. Wyprzedzają Amerykę w wyścigu kosmicznym. Zdetonowali bombę o mocy 100 megaton – największą w historii. Posiadają dwukrotnie więcej rakiet niż Ameryka – i są one wycelowane prosto w nią. Powtarzali słowa Nikity Chruszczowa: Pogrzebiemy was! I co było dalej? Związek Radziecki rozpadł się; implodował w ciągu zaledwie dwóch lat od upadku Muru Berlińskiego. Wyszło na jaw, że jego potęga była całkowicie przeceniana. Był to system z gruntu zgniły. Wszystkie szacunki CIA dotyczące jego siły militarnej czy witalności gospodarczej okazały się błędne.
To wcale nie powstrzymało deklinistów – stwierdza profesor. - Po upadku Związku Radzieckiego ludzie ci znowu spazmowali: Amerykańskie kapitalistyczne, wolnorynkowe i demokratyczne społeczeństwo nie jest tak wydajne, jak społeczeństwo japońskie. Japonia to teraz korporacja, to Japan Inc. - mówili. Ameryka też musi połączyć swoje przedsiębiorstwa z rządem, tworząc jedną fuzję i jedną wspólną politykę. Spójrzcie, czego dokonała Japonia. Ma więcej pieniędzy niż my. Ich samochody – Honda, Toyota, Lexus – są o wiele lepsze od naszych. Koniec z GM, z Fordem, z American Motors. Wszyscy bankrutują, nasz system nie działa. Patrzcie, co się dzieje. Japończycy kupili Rockefeller Center, Columbia Pictures, pola golfowe Pebble Beach, przejmują całe Stany Zjednoczone!
I co później się stało? – pyta profesor Hanson. Odpowiedź: Starzejące się i kurczące społeczeństwo japońskie wkroczyło w trwający około 15 lat okres niszczycielskiej deflacji. A dziś Japonia to silna potęga gospodarcza. Jesteśmy z nią w przyjaźni. Lecz nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, by Japan Inc. miało zastąpić Stany Zjednoczone.
Ale to nie koniec paranoi - zaznacza profesor Hanson. Ponieważ pojawił się nowy paradygmat lepszy od konstytucyjnego systemu federalnej Ameryki - Unia Europejska. Pojawiła się też nowa narracja deklinistów: Unia, 450 milionów ludzi zjednoczonych w jeden kontynentalny naród-państwo. Zaczynaliśmy od kursu 90 centów za jedno euro. Do roku 2005 roku cena ta wzrosła do 1,16 dolara. Importujemy ogromne ilości paliwa. Ugrzęźliśmy w Iraku. Ugrzęźliśmy w Afganistanie. Europejczycy rosną w siłę.
Byli jednak ludzie, którzy ostrzegali, że to nie zadziała. Nie można mieć około 30 narodów - z odrębnymi językami, odrębnymi tradycjami i odrębnymi religiami – w jednym państwie. Europa Wschodnia została właśnie wyzwolona spod komunistycznego ucisku, co stanowiło rzeczywistość zupełnie odmienną od tej w Europie Zachodniej. Historycznie rzecz biorąc, między Anglią, Francją i Niemcami istniały silne antagonizmy. Unia Europejska dokonała wielu dobrych rzeczy. Zapobiegła wojnie i podjęła próbę kulturowego ujednolicenia kontynentu. Nie była jednak państwem.
Henry Kissinger wypowiedział słynne zdanie: „Gdy mam problem i chcę porozmawiać z Europą, do kogo mam zadzwonić? Do kogo mam się zwrócić?”. Brakuje ośrodka władzy. Unia wydając zarządzenia, dysponuje bardzo ograniczonymi środkami. Nie ma własnych sił obronnych. I jaki jest rezultat? Zjednoczona Europa zaczęła popadać w utopizm, przyjmując szereg ambitnych rozwiązań. Zielona energia; rezygnacja z energii jądrowej, gazu i ropy; otwarte granice; nielegalna imigracja; czerpanie przyjemności z „dobrego życia”; nieposiadanie dzieci; niezawieranie małżeństw – i po co komu obrona, skoro ma się u boku Stany Zjednoczone? Dziś gospodarka 450-milionowej Unii stanowi około 65% wielkości amerykańskiej. I nikt nie sądzi, by Unia miała przejąć dominację. W rzeczywistości obawiamy się raczej, że Europa przeżywa okres gwałtownego schyłku.
Zdaniem profesora Hansona trzeba to wszystko przypominać dla podtrzymania świadomości, że szerzenie legend o wzroście potęgi Chin - które w porównaniu z Ameryką znajdują się w kryzysie gospodarczym, kulturowym, politycznym i militarnym - nie jest niczym nowym. To bardzo stare zjawisko w cywilizacji zachodniej: pesymizm i nastroje schyłkowe - szczególnie w Stanach Zjednoczonych. Chiny nie są rywalem, który zastąpi Amerykę. Są one nową wersją Niemiec, Włoch, Związku Radzieckiego, Japan Inc. i Unii Europejskiej. Ich potęga i wzrost to pseudozagrożenia, z jakimi już wcześniej mieliśmy do czynienia.
Wysłuchawszy do końca tej wypowiedzi amerykańskiego historyka w pierwszej chwili chce się powiedzieć: nic dodać, nic ująć. Ale dodać coś by się jednak znalazło. Profesor Hanson urodził się w Ameryce. Mieszka w domu, który należy do jego rodziny od sześciu pokoleń. Wiele rzeczy w jego kraju, które u przybysza budzą podziw, nawet zachwyt, dla niego stanowi taką oczywistość, że wręcz nie czuje się z nich dumny.
Ale przybysz, nawet po trzydziestu siedmiu latach pobytu, wciąż chwyta się na myśli: Boże, jaki tu jest porządeczek. Jak doskonale u nich wszystko działa. Urzędy, szpitale, policja, sądy. Jak wszystko tutaj odbywa się według procedur. W administracji, w sklepach, w bankach, na uczelniach, w transporcie. Jak nikt przez wszystkie te lata nie potraktował cię z góry, nie okazał ci braku szacunku. Zawsze uśmiech, zawsze hi, hello. I ta powszechna chęć pomocy, gdy coś sknocisz, nawet gdy jej nie chcesz, bo się wstydzisz. W swojej masie takie na pozór pospolite rzeczy tworzą niesamowitą więź społeczną.
Niesamowite również jest to, jak wielkim spoiwem społecznym jest w Ameryce sport, rozgrywki sportowe. Futbol amerykański, baseball, koszykówka. Tłumy kibiców koczujących wokół stadionów, wypełniających wszystkie hotele. Ich lojalnośc wobec ulubionych drużyn, lokalnych i ligowych. Pomnóżmy to przez 50 stanów. Tam, na tych stadionach i wokół nich, w obsługujących sportowych fanów okolicznych restauracjach, przy stoiskach z hamburgerami, rodzi się nierozerwalność Ameryki. Nie, nie ma mowy, by Ameryka kiedykolwiek upadła, straciła pierwszeństwo.


Komentarze
Pokaż komentarze (6)