Z pewnym opóźnieniem, ale jednak wciąż traktując tego bloga jak pamiętnik, pozwolę sobie napisać krótkie wspomnienie z mojej obserwacji wyborów parlamentarnych na Węgrzech 12 kwietnia tego roku. Zdaję sobie sprawę, że od tego politycznego wydarzenia na minęły już dwa tygodnie, ale jasne chyba jest, że było ono na tyle ważne dla współczesnej polityki, iż warto podzielić się paroma refleksjami z tej politycznej podróży.
Na Węgrzech byłem od 9 do 13 kwietnia, będąc w grupie obserwatorów z ramienia Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy. Wybory obserwowaliśmy razem z kolegami, członkami Zgromadzenia Parlamentarnego OBWE.
W czasie samych wyborów odwiedziłem siedem lokali wyborczych – kilka w Budapeszcie i kilka w mieście Kecskemét, 80 km od Budapesztu. Biorąc pod uwagę, że drugie co do wielkości miasto na Węgrzech, Debreczyn, ma 200 000 mieszkańców, to Kecskemét wydaje się – jak na węgierskie warunki – miastem dość dużym.
Żadnych nieprawidłowości, jeśli chodzi o sam akt głosowania, nie zaobserwowałem. Szczerze mówiąc, trudno nawet, aby w dzisiejszych warunkach ktoś się takich nieprawidłowości dopuszczał – takie działania mogły by mieć po prostu za dużo świadków. To jest zresztą uwaga dotycząca wielu współczesnych wyborów. Jeśli odbywają się jakieś nadużycia, to mają one miejsce na kilka tygodni przed wyborami, w kampanii wyborczej, i objawiają się takimi zjawiskami jak nadużywanie funduszy publicznych w kampanii, nierówny dostęp do mediów czy po prostu kupowanie głosów. W samym dniu żadnych nieprawidłowości po prostu nie ma.
Czemu przegrał Viktor Orbán?
Złożyło się na to wiele czynników, ale ja wskazałbym trzy. Po pierwsze, gdy ogląda się węgierską ulicę, to w porównaniu z Polską jest to – jedni by powiedzieli – biedny, a drudzy: ubogi kraj. Wyraźnie uboższy niż współczesna Polska, zarówno w Budapeszcie, jak i na prowincji. Ludzie kiepsko ubrani, w sklepach i restauracjach drogo, w samym Budapeszcie zwraca uwagę duża liczba śpiących na ławkach bezdomnych. Moim zdaniem była to pierwsza przyczyna porażki Viktora Orbána. Skutecznie wprowadzając w życie – i to na ogromną skalę – kapitalizm polityczny, uczynił ze swojej ojczyzny po prostu biedny kraj.
Kwestia druga: Orbán się zwyczajnie zużył. Każdy by się zużył po 16 latach, zwłaszcza jeśli doprowadził swój kraj do takiego stanu. I kwestia trzecia – wpływy rosyjskie. Ostentacyjne. Nie na darmo w wieczór wyborczy grupy młodych ludzi wołały na budapeszteńskich ulicach: „Rosjanie do domu – ruszki haza!”.
Tych przyczyn porażki Orbána było w całą pewnością więcej, ale wymieniam – moim zdaniem – te najważniejsze.
A teraz trochę o Péterze Magyarze. Uwaga główna: jego sukces, albo jeden z elementów tego sukcesu, to trochę sytuacja, o której mówiono w Polsce trzy lata temu – że wyborcy chcieliby wielu elementów programu PiS-u, ale bez praktyki tej partii i bez jej często obciachowych działaczy. Chcieliby PiS-u light. Mniej więcej takiego, jakiego dzisiaj chce Mateusz Morawiecki. Dlatego – choć PiS dziś - inaczej niż na Węgrzech, to opozycja – nie zdziwię się, jeśli Morawiecki unicestwi politycznie Kaczyńskiego tak, jak na Węgrzech kolega z partii unicestwił Viktora Orbána. Kilka dni temu, pisałem o tym na tym blogu (https://www.salon24.pl/u/jflibicki/1499795,stowarzyszenie-morawieckiego-jak-tisza-na-wegrzech).
Magyar pokazał też, że można nie mieć dostępu do mediów, a można to nadrobić przez media społecznościowe i na masową skalę bezpośrednie kontakty z wyborcami.
Niewątpliwie Węgrzy wiążą z nowym rządem olbrzymie nadzieje. I oby im się udało. Oni – i słusznie – uważają to za przełom. I warto było ten przełom obserwować w niedzielny wieczór, 12 kwietnia 2026 r.
Powodzenia, Bratanki!



Komentarze
Pokaż komentarze (3)