Czyż takim – politycznym zabójstwem – nie jest prośba do Sejmu, a potem otrzymanie odeń, votum zaufania? Przecież właśnie to miał robić w najbliższych tygodniach zacny profesor! Spacerować po Sejmie i zbierać właśnie taką sejmową, partyjną większość, tyle, że przeciw Donaldowi Tuskowi.
Nie. Nie życzę profesorowi Glińskiemu śmierci. Wręcz przeciwnie. Niech w zdrowiu, szczęściu i pomyślności żyje sobie jak najdłużej. Jeśli jednak mam jakiekolwiek wątpliwości co do jego egzystencji, to idzie mi tutaj – tylko i wyłącznie – o polityczne życie kandydata PiS na premiera rządu technicznego. Dlaczego więc powątpiewam czy profesor Gliński jeszcze żyje?
Kilka dni temu pisałem, że jeśli premier chce zniwelować korzystne dla opozycji sondaże, to musi „przejąć” jakiś najważniejszy punkt z programu swego pisowskiego „rywala”. Musi go po prostu ogłosić za własny (http://jflibicki.salon24.pl/454219,wywczas-ma-racje). To prawda, Nie da się ukryć. Mam taką wadę. Często ulegam megalomanii. Nie dotyka mnie ona jednak do tego stopnia, bym uważał, że inspirację do swych posunięć Donald Tusk czerpał z moich blogów. Co to, to nie. Faktem jest jednak, że ogłaszając w swym drugim expose szeroki pakiet wspierania rodziny, premier „wyjął” jeden z najważniejszych segmentów programowych kandydata PiS.
Na tym się jednak sprawa nie skończyła, bo w swym działaniu szef rządu poszedł jeszcze dalej. Najzwyczajniej i bez żadnej litości ubił profesora Glińskiego. Bo czyż takim – politycznym zabójstwem – nie jest prośba do Sejmu, a potem otrzymanie odeń, votum zaufania? Przecież właśnie to miał robić w najbliższych tygodniach zacny profesor! Spacerować po Sejmie i zbierać właśnie taką sejmową, partyjną większość, tyle, że przeciw Donaldowi Tuskowi. Naprawdę trudno wyobrazić sobie jak to w tydzień po sejmowym głosowaniu – gdzie taka większość na rzecz premiera się znalazła – zasłużony ekolog szuka jej, ale przeciw obecnemu Prezesowi Rady Ministrów! Jeśli profesor Gliński zacznie to robić, to trudno będzie uznać to nawet za kabaret. To będzie raczej parodia kabaretu!
Przy tej okazji pojawia się jednak pewna kwestia. Bo mimo dobrego expose sytuacja jest rzeczywiście poważna. I właśnie z tego powodu, to co w nim padło, musi być natychmiast wprowadzane w życie. Każdy, wahający się na rzecz Platformy wyborca musi realizację tych zapowiedzi odczuć szybko i na własnej skórze. I koniecznie nie kosztem zaciągania przyszłych zobowiązań.
I wreszcie na koniec. W sejmowej debacie nad expose Donalda Tuska wyróżniło się zdecydowanie wystąpienie Leszka Millera. Szef SLD mówił coś – o ile dobrze to oddaje – o powiększającej się za tego rządu grupie ludzi, którzy – aby się utrzymać – są zmuszeni grzebać w śmietnikach. I o matkach, które dzięki konserwatywnym posłom wyrzucają tam swe nienarodzone dzieci. W odpowiedzi Donald Tusk nazwał tę wypowiedź przekroczeniem dopuszczalnych granic. Niewątpliwie – ma rację. Mnie jednak nurtuje zupełnie inne pytanie, a mianowicie skąd u szefa Sojuszu wzięła się tak głęboka znajomość problematyki śmietnikowej? Myślę i myślę i naprawdę jedyne, co mi w tej sprawie przychodzi do głowy to tylko to, że jest to po prostu suma doświadczeń, jakie Leszkowi Millerowi uzbierały się na przestrzeni ostatniego roku, kiedy to 9 października wyborcy zwyczajnie wskazali jemu i jego formacji miejsce na śmietniku. Politycznym śmietniku. Śmietniku historii. I naprawdę nic nie wskazuje na to by ta sytuacja miała się kiedyś zmienić. Czasu na studiowanie śmietnikowej tematyki będzie miał premier Miller i jego koledzy aż nadto!
Tu polityka zaczyna swój dzień www.300polityka.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (50)