Czy negatywnym bohaterom książki Kąckiego w ogóle chodzi po głowie takie kościelne rozliczanie się? Czy zamierzają w ogóle coś z tym zrobić? Czy też wzorem – powoli ginących już na szczęście kościelnych nawyków – będą próbowali udawać, że nic się nie stało?
Dziś krótko. Czytam właśnie najnowszą książkę Marcina Kąckiego, zatytułowaną „Maestro”. Książkę poświęconą poznańskiemu milczeniu wokół pedofilskich skłonności Wojciecha Kroloppa – byłego szefa chóru Polskie Słowiki. Mam już za sobą jedną trzecią tej publikacji. I w kontekście jej lektury nurtuje mnie jedno pytanie.
Bo jest dla mnie jasne, że przypadki pedofilii wśród osób duchownych są czymś najbardziej odrażającym. Czymś godnym najwyższego potępienia i ukarania. Bo dotyczą przecież ludzi, którzy – z natury swoich funkcji – nauczają innych moralności. Mają być dla nich jej wzorem.
Z tego też powodu, reakcje naszej hierarchii na takie przypadki są nie wystarczające. Wydają się zwykle spóźnione. Nieporadne, a czasem nawet zawstydzające. Za wolno, zdecydowanie za wolno, coś się jednak zaczyna zmieniać. Wyciągane są konsekwencje wobec sprawców czynów tych bardzo dawnych i tych świeższych. Dziś – niestety poza nielicznymi przypadkami – nikt już takich czynów nie usprawiedliwia. Nie pochwala zamiatania ich pod dywan. Powoli jednak zmierzamy do rozliczeń.
I tylko wciąż nurtuje mnie to jedno pytanie. Czy negatywnym bohaterom książki Kąckiego w ogóle chodzi po głowie takie kościelne rozliczanie się? Czy zamierzają w ogóle coś z tym zrobić? Czy też wzorem – powoli ginących już na szczęście kościelnych nawyków – będą próbowali udawać, że nic się nie stało?
Tu polityka zaczyna swój dzień: www.300polityka.pl


Komentarze
Pokaż komentarze (59)