Justyna Bazylak Justyna Bazylak
173
BLOG

Feministki Schrödingera. Co dzieje się z kobietami?

Justyna Bazylak Justyna Bazylak Społeczeństwo Obserwuj notkę 8
Niepokojące i irracjonalne są reakcje kobiet w obliczu wydarzeń i decyzji, które dzieją się w skrajnej opozycji do ich natury. W ostatnich dniach social media obiegło zdjęcie, na którym wianuszek pań w euforii otacza Maurę Healey, gubernator Massachusetts, podpisującą ustawę rozszerzającą dostęp do aborcji. Obrazek ten trudno przeoczyć: uśmiechy, entuzjazm, poczucie zwycięstwa. Tylko co właściwie jest powodem tej radości?

Po raz kolejny kobiety stają się pionkami w lewicowej potyczce politycznej, dając się omamić iluzją, że uśmiercając dzieci w swoich łonach, zyskują jakąkolwiek wolność i szczęście.

Gubernator Massachusetts Maura Healey podpisała ustawę, która ułatwia dostęp do aborcji kobietom w późniejszym stadium ciąży. Ustawa znosi dotychczasowe ramy prawne dotyczące aborcji po 24. tygodniu ciąży. Tym samym Massachusetts staje się jednym z nielicznych stanów, w których nie obowiązuje ustawowe ograniczenie wieku ciążowego w przypadku aborcji.

Mechanizmy forsowania aborcji przez lewicowe środowiska są zawsze takie same, podobnie jak powtarzalne jest proponowane przez nie rozwiązanie. Czasowi oczekiwania na dziecko przypisuje się najgorsze emocje. Ciąża przestaje być przedstawiana jako początek macierzyństwa, a staje się przede wszystkim źródłem lęku, cierpienia, ograniczeń i zagrożenia dla wolności.

„Słyszeliśmy tak wiele historii, pełnych bólu, udręki i cierpienia… Podpisujemy tę ustawę, aby nowe pacjentki – osoby, których nie znamy i których nigdy nie spotkamy – mogły uzyskać potrzebną im opiekę w stanie Massachusetts” – powiedziała Healey podczas konferencji prasowej.

Ale zaraz przychodzi pomoc pod przykrywką opieki zdrowotnej.

„Zadbamy o to, by to przede wszystkim kobiety mogły samodzielnie podejmować decyzje dotyczące swojej opieki zdrowotnej — a nie rząd” – powiedziała gubernator.

I właśnie tutaj pojawia się pytanie: jaki jest powód radości kobiet wokół gubernator Healey, tuż po podpisaniu ustawy?

W sierpniu proces Lindsay Clancy przyciągnął ogromną uwagę w mediach społecznościowych. To jedna z najbardziej tragicznych historii, jakie mogą się wydarzyć. Młoda matka w brutalny sposób pozbawiła życia troje swoich małych dzieci. Obrona oskarżonej starała się wykazać, że do tragedii doszło pod wpływem psychozy poporodowej, której towarzyszyło przyjmowanie licznych leków psychotropowych.

Tu również zadziałało coś na kształt kolektywnej utraty rozumu kobiet.

Przed budynkiem sądu, w trakcie trwania procesu, gromadziły się kobiety, demonstrując swoje poparcie dla… Lindsay. TikToka zalała fala filmów, w których kobiety przedstawiają się jako „Jestem Lindsay Clancy” – tej, która przyznała, że pozbawiła życia swoje dzieci.

Jednocześnie te same kobiety stworzyły setki teorii, w których winą za tragedię obarczyć należy męża oskarżonej czy amerykański system opieki zdrowotnej, szczególnie w kwestii opieki nad kobietami w połogu.

Kobiety ogarnęła jakaś zbiorowa psychoza, w której stawiają się w roli ofiar, obwiniając wszystkich i wszystko, z wyjątkiem siebie.

Gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla prawdziwych ofiar – dzieci?

Nie twierdzę, że Lindsay Clancy nie zasługuje na współczucie i empatię, bo bez wątpienia depresja poporodowa jest ciężkim doświadczeniem. Czy nie byłoby jednak bardziej racjonalne wykorzystanie tej tragedii jako pretekstu do rozmowy o problemach psychicznych, zwiększania świadomości na temat coraz powszechniej występujących zaburzeń psychicznych oraz budowania lepszego systemu wsparcia dla osób zmagających się z tego typu problemami?

Ale czy można mówić o solidarności z matką, która pozbawiła życia troje własnych dzieci?

Dwie te sytuacje łączą się ze sobą niezaprzeczalnie. W obu przypadkach pojawia się ta sama narracja: kobieta jako ofiara, kobieta jako osoba, której należy przywrócić pełną kontrolę nad własnym życiem, kobieta jako podmiot, którego wolność ma zostać postawiona ponad wszystkim innym.

To pokłosie hasła „moje ciało, mój wybór”, zaciekle bronionego przez kolejne pokolenia kobiet identyfikujących się z feminizmem.

W myśl tej ideologii to kobieta zawsze jest ofiarą – ofiarą ucisku – nigdy zaś prawdziwa ofiara, czyli dziecko.

I właśnie tutaj pojawiają się „Feministki Schrödingera”.

To ironiczne określenie dobrze pasuje do opisanej sytuacji. Odnosi się do wewnętrznej sprzeczności w argumentacji części ruchu feministycznego i wskazuje na jej selektywność. W zależności od sytuacji kobieta może być przedstawiana jednocześnie jako silna, niezależna i sprawcza albo jako bezbronna ofiara wymagająca szczególnej ochrony.

O tym, która z tych ról zostanie zaakcentowana, decyduje sytuacja i przyjęta narracja.

W jednym przypadku kobieta ma być absolutnie autonomiczna i nikt nie może kwestionować jej decyzji. W innym – kiedy konsekwencje tej decyzji stają się niewygodne – natychmiast pojawia się opowieść o systemie, mężczyźnie, społeczeństwie, lekarzach, lekach, państwie czy okolicznościach, które odebrały jej sprawczość.

W tym ujęciu „wolność kobiety” staje się argumentem eksponowanym wtedy, gdy wspiera określony wybór, podczas gdy w innych sytuacjach schodzi na dalszy plan.

Zdjęcie (po lewej) iSteve LeBlanc/AP (po prawej) Stuart Calhill/Boston Herald 


Bacznie obserwuje świat...

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (8)

Inne tematy w dziale Społeczeństwo