14 obserwujących
119 notek
81k odsłon
385 odsłon

Czego powinna uczyć szkoła (i nie tylko)

Wykop Skomentuj51


Podczas gorących sporów o tzw. edukację seksualną w szkole, gdzie w zasadzie zarówno zwolennicy jak i przeciwnicy mają niezłe argumenty, wzięłam stronę raczej tych pierwszych, z zastrzeżeniem, że zajęcia te powinny być dobrowolne, na podobieństwo nieszczęsnych lekcji religii (których miejsce jest – moim zdaniem – poza murami samej szkoły). Uważam, że wiedza nigdy nie szkodzi, szkodzić może jedynie jej użycie. Nie chcę, żeby nauczyciele wychowywali młodzież, chcę, żeby ją informowali. Od wychowywania jest rodzina, choćby i najdurniejsza: to jej święte prawo i obowiązek, które może być zniesione wyłącznie w przypadku rażących zaniedbań.

Pojawiło się wiele zarzutów wobec wdrożenia szkolnej edukacji seksualnej, niektóre całkiem (na pozór) sensowne:

– seks to czynność intymna, nie powinno się jej uczyć w miejscu, jakby nie było, publicznym

– tego typu zajęcia będą służyć głównie seksualizacji małoletnich, żeby ci stali się potem łatwym łupem dla homosiów

– edukacja seksualna nie działa, nie powoduje spadku ciąż u nieletnich

Wszystko byłoby OK, gdyby opierały się one na rzetelnym przedstawieniu argumentów, a nie wybiórczym i emocjonalnym podstawianiu pasujących nam faktów i mieszaniu ich z mitami. Poczytajmy zatem, po co jest ta obrzydliwa sex-ed:

Spójrzmy raz jeszcze na powyższą infografikę. Najlepiej, paradoksalnie, wypada Dania z edukacją seksualną ORAZ liberalnym podejściem do aborcji. Piętnaście tysięcy kontra polskie osiemdziesiąt-dwieście tysięcy to ogromna przepaść. Nie da się tego kontrolować, nie da się tego absolutnie zakazać, nie da się wmówić dzieciom, że aborcja jest zła (bo, nawet jeśli będą w to wierzyć w szkole, to przy okazji ciąży nagle uznają, że jednak pies trącał taką wiedzę). To, co nam zostaje, to tzw. damage control. Albo bierzemy się w garść jako społeczeństwo i zaczynamy uświadamiać dzieci oraz młodzież w sprawach seksu, albo będziemy patrzeć na kolejne młode matki i rosnącą turystykę aborcyjną.

Można mieć zastrzeżenia do jednego: autorka jasno daje do zrozumienia, że sex-ed ma służyć nie tylko przekazywaniu wiedzy, ale i kształtowaniu mentalności uczniów. Jeśli więc ktoś nie chce, żeby jego dziecku wpajano świadomość „złego dotyku” czy poszanowania cudzych wyborów seksualnych, słusznie się artykułem zbulwersuje.

Jakie jednak padły zarzuty? Z ciekawości przeszłam przez niemal wszystkie komentarze; lubię wiedzieć, co myślą inni ludzie. Czy powinnam się dziwić, że lwia część komentatorów rozminęła się z rozumem? Nie będę się spierać o liczby dotyczące aborcji, jeśli ktoś uważa, że autorka artykułu nagięła fakty, ma prawo jej to zarzucić. Ale przesycony kościelną propagandą i agresją bełkot konserwatystów oraz odrobinę tylko mniej durne teksty rzucane przez osoby ukierunkowane lewicowo wprawiły mnie w przykry nastrój. Jesteśmy skazani na ideologiczne wojenki i wzajemną pogardę. Jak więc możemy wspólnie decydować o naszych dzieciach?

A może sęk w tym, że właśnie nie ma żadnych „naszych” dzieci? Może odgórnie narzucony program nauczania właśnie ponosi spektakularną porażkę? Wystarczy poczytać komentarze pod moją ostatnią notką, by zrozumieć, jak bardzo się różnimy w podejściu do samych związków. Cóż więc można mówić o seksualności, która wciąż jest w pewnych kręgach tematem tabu. A że nie ma, powtarzam, nie ma absolutnie żadnych szans na przekonanie dorosłego człowieka w rzeczowej dyskusji do całkowitej zmiany światopoglądu (ten bowiem opiera się na emocjach), to czy jest jakakolwiek szansa na zakończenie sporu o tzw. seks-edukację? Jak zawsze: wygra silniejszy, czyli ten, kto przepchnie swoją ustawę w sejmie. A cała reszta będzie mogła (musiała) odwołać się do słynnej metody skutecznego buntu, jaką jest bierny opór.

Za kilka lat kolejne wybory, może wygra ktoś bardziej liberalny/konserwatywny. I tak do usranej śmierci... A w międzyczasie nasze dzieci dorosną, kształcone nie tylko przez szkołę, ale głównie przez nas, ich ułomnych, niedokształconych rodziców. No i Internet. :)

Na zakończenie tej ogólnikowej notki wrzucę osobiste wyznanie: Nie będzie dla mnie tragedią ani moją wychowawczą porażką, jeżeli moja nieletnia córka zajdzie w ciążę i zostanie samotną matką, chociaż – rzecz jasna – nie życzę jej tego z czysto prozaicznych powodów; ubolewałabym raczej, gdyby wyrosła na kobietę kierującą się wyłącznie krótkotrwałą żądzą, niezdolną do prawdziwej miłości, do dbania o drugiego człowieka, do walczenia o niego w chwilach kryzysu. Plagą naszych czasów nie są nastoletnie ciąże, lecz banalizacja i tymczasowość związków, seryjna monogamia okraszana czy to kolejną obrączką czy kolejnymi dziećmi, słowo „miłość” traktowane jak siatka jednorazowego użytku. Piszę to nie jako osoba przeciwna rozstaniom jako takim, gdyż te są jak choroba: co jakiś czas muszą się komuś przydarzyć i nie ma co nad tym załamywać rąk. Po prostu buntuję się przeciwko kulturze, w której już nawet nie chuć, a zwykła wygoda dyktuje nam, jak mamy traktować drugiego człowieka.


Wykop Skomentuj51
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo