Oburzenie wtórujące nawoływaniu do ograniczenia populacji oparte jest na bezmyślnym przywiązaniu do starego modelu rodziny, w którym liczba dzieci przeważa nad liczbą rodziców. Niektórzy argumentują, że populacja musi rosnąć, gdyż społeczeństwo, w którym liczba starców przeważa nad liczbą młodych, nie ma szans na prosperowanie. Czy jednak powinniśmy słuchać tych minorowych głosów i rzucać się do rozmnażania? Według mnie istnieją silne przesłanki, żeby poprzestać na jednym dziecku.
Końcówka artykułu stara się pocieszyć czytelnika, twierdząc, że do obsługi robotów będą przecież potrzebni ludzie. Tylko że nieprawdą jest, iż będą to równe proporcje. Maszyny będą się stawać coraz bardziej samodzielne, w końcu nadzór nad kilkoma setkami z nich będzie sprawować garstka homo sapiens. Dlatego twierdzę z całą stanowczością, że już niedługo najbardziej deficytowym towarem może być nie woda, nie czyste powietrze, nie miejsce do życia, tylko... praca.
Naiwnym jest myślenie, że wówczas dzień pracy ulegnie skróceniu do jednej czy dwóch godzin przy jednoczesnym zamrożeniu pensji. Nie, po prostu nie będzie pracy i tyle. Pracodawca zatrudni jedną osobę na sześć do ośmiu godzin zamiast trzech ludzi po dwie godziny. A że nie każdy może być przedsiębiorcą i posiadać maszyny, tedy gros ludzi będzie na głodowym zasiłku lub pójdzie żebrać. Kto będzie płacić podatki? Kto będzie konsumować wyprodukowane w ten sposób towary? Tego nie wiem, moja wiedza i wyobraźnia nie sięga tak daleko. Być może doprowadzi to do jeszcze większych podziałów społecznych ze względu na zamożność. Istotnym jest, że upieranie się przy powiększaniu zasobów ludzkości jest w obecnej sytuacji rozbuchanego rozwoju technologicznego idiotyzmem.


Komentarze
Pokaż komentarze (229)