18 obserwujących
165 notek
121k odsłon
897 odsłon

Dziecko na tle ideologii

Wykop Skomentuj77

Jakiś czas temu odbyła się w moim blogu ognista dysputa o wychowywaniu dzieci. Przeczytałam raz jeszcze niektóre komentarze, w szczególności pana GPS, gdyż to on był najbardziej aktywny w deprecjonowaniu znaczenia kar i nagród. Wygooglowałam kilka tekstów na ten temat, gdyż wciąż nie byłam przekonana. Okazuje się, że zdania są podzielone: jedni twierdzą, że te metody nie są skuteczne, gdyż uzależniają dziecko od zewnętrznej opinii, inni z kolei dopuszczają przynajmniej nagrody, a niektórzy wręcz do nich zachęcają. I bądź tu, człowieku, mądry! W pewnym momencie skołowany rodzic stwierdza, że będzie się kierować własnym wyczuciem – i zapewne popełnia sporo błędów. Osobiście jestem na to jako tako przygotowana psychicznie, ale przykro myśleć, że może się coś spieprzyć w wychowaniu dziecka.

Istotny jest CEL wychowania. Każdemu rodzicowi może przyświecać co innego. Ja np. chcę przede wszystkim, żeby moje dziecko wyrosło na śmiałą, samodzielną, niezależną kobietę. Innymi słowy, żeby było o wiele, wiele lepsze niż ja. :) Jak już dorośnie, niech żyje po swojemu, szuka własnej drogi, nie czekając na gotowe recepty. Ma akceptować fakty, a nie cudze przekonania, choćby i najpopularniejsze.

A konkrety? Żeby dużo czytało. Żeby lubiło zwierzęta i szanowało przyrodę. Na razie stwierdzam z przykrością, że przez nasze (rodziców) lenistwo i pobłażliwość dziecko woli telewizję i telefon od książek z bajkami. Jednocześnie mam pewną satysfakcję, że przynajmniej lubi oglądać zdjęcia i rysunki zwierząt, aczkolwiek najładniejszą książkę w pewnym momencie... podarło. Planuję zacząć je w końcu zabierać do lasu, żeby powolutku oswajało się z „towarzystwem” drzew, ptaków czy przemykających leśnych stworzonek. Na wsi, niestety, większych zwierząt już się nie uświadczy, chyba, że jest to gospodarstwo zajmujące się masową „produkcją” mięsa (wiejski sąsiad hoduje byczki). Pozostają amatorskie wycieczki na łono przyrody, książki, filmy. Do zoo wolałabym nie zabierać.

Komuś innemu może zależeć z kolei przede wszystkim na tym, żeby jego dziecko świeciło dobrym przykładem, było wzorem cnót, porządnym obywatelem, etc. Inny uzna, że najważniejszy w życiu jest sukces materialny – i to właśnie będzie wpajać latorośli. Dla głęboko wierzącego najistotniejsze będzie przekazanie dziecku zasad swojej religii, gdyż życie doczesne będzie dlań zaledwie przystankiem na drodze do wieczności. Konserwatysta będzie wpajał konserwatyzm, liberał – liberalizm. I każdy z nich będzie się starał dobrać metody wychowawcze do swoich osobistych celów. Naturalnie nie wszystkie cele są jednakowo dobre, o metodach nie wspomnę. Jeśli ktoś np. bije dziecko, żeby nie zachowywało się źle, sam również czyni zło. Istotne jest jednak, że niezależnie od intelektu, dojrzałości emocjonalnej czy statusu społecznego, wszyscy, od ostatniej kurwy po stojących na moralnych cokołach świętoszków są przekonani, że to oni wiedzą najlepiej, jakie cechy należy w dziecku pielęgnować, a jakie zwalczać.

A teraz zastanówmy się nad jednym: jak w świecie, w którym występuje taka mnogość poglądów, postaw, dążeń i umiejętności (lub braku umiejętności) wychowawczych ma się odnaleźć szkoła? Czy w szkole należy uczyć jakichkolwiek wartości? Jakie by to miały być wartości? Zaraz ktoś mnie poprawi, że przecież wszyscy Polacy wyrastają z jednego pnia kulturowego, wypadałoby więc znać określone zasady postępowania, jak np. podstawy grzeczności, posłuszeństwo wobec starszych, szacunek dla miejsc kultu, respekt dla prawa, sprzątanie po sobie, dzielenie się z innymi. Są to jednak rzeczy ułatwiające przetrwanie w społeczeństwie, a nie bezwzględne wartości moralne. Tych drugich powinni uczyć wyłącznie rodzice. Dlaczego? Bo jeśli nauczyciel zacznie uczyć dziecko zasad, które w domu rodzinnym są deprecjonowane, to owo dziecko nie będzie wiedziało, czego się trzymać. Albo też – co bardziej prawdopodobne – nauczy się działać na dwa fronty. Mowa, rzecz jasna, o dziecku do lat 10-ciu, gdyż w wieku nastoletnim zaczyna ono kwestionować zarówno autorytet rodziców, jak i nauczycieli.

Szkoła nie uniknie kierowania się ku pewnym wartościom. Wszystko wskazuje na to, że nasze dzieci będą dorastać w mocno zlaicyzowanym, za to nastawionym proekologicznie świecie. W niedalekiej (?) przyszłości lekcje religii mogą zostać zastąpione lekcjami „uświadomienia ekologicznego”, „ekologizmu stosowanego”, „nauką o świętości przyrody”. :) No, troszkę sobie jaja robię, ale... tylko troszkę. Wydaje mi się, że prędzej czy później szkoła dopasuje się do obecnego w świecie nurtu potępienia dla dewastacji i zatruwania środowiska, a może nawet oficjalnie wpisze w katastrofizm klimatyczny. Jak myślicie, kiedy po raz pierwszy patronem jakiejś polskiej placówki zostanie Greta Thunberg? :) Rodzice, którzy się na te zmiany nie zgodzą, którzy zbuntują się i odrzucą zastępowanie „czarnych” „zielonymi”, będą musieli uczyć potomstwo nieposłuszeństwa wobec nowego porządku, nowej moralności i nowych wyroczni. Dzieci będą uczone „dwójmyślenia”, lawirowania pomiędzy rodziną a pedagogami, pomiędzy jednym autorytetem a drugim.

A może to nie jest takie złe? Może uczy dzieci potrzebnej im w dojrzałym życiu umiejętności ukrywania swoich poglądów? Prawienia uprzejmych słówek i podawania ręki tym, którymi się gardzi? Stawiania grzeczności ponad szczerość? To przecież standard w cywilizowanych krajach. Udawaj posłusznego, ale po cichu rób swoje. Może tego właśnie powinniśmy uczyć nasze dzieci?


Wykop Skomentuj77
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale Społeczeństwo