Dwadzieścia parę lat temu nie sądziłam, że do tego dojdzie. Moja nastoletnia wzgarda dla religii nie była podparta żadnym zarzutem wobec Kościoła, po prostu odrzucałam jego nauki i chciałam mieć święty spokój. Nikt wówczas nie mówił o molestowaniu, a już w kontekście koloratki – Boże broń! Janowi Pawłowi II dorysowywano wręcz aureolę świętości, a na katechezę uczęszczał prawie każdy uczeń.
I tak oto, wcale nie nagle, a przeciwnie – powoli, lecz nieubłaganie i systematycznie, na naszych oczach sypie się Kościół, w jaki wierzyło starsze pokolenie: instytucja godna szacunku, warta zaufania, będąca bramą do zbawienia. Jeszcze niektórzy kąsają w jego obronie, szczerzą kły w obliczu kolejnych zarzutów, lecz sprawę załatwi prędzej czy później biologia...
Czy jednak młode pokolenie odrzuca tę instytucję przez wzgląd na pokrzywdzonych przed dziesiątkami lat ludzi? Czy może chodzi o coś znacznie poważniejszego: o utratę wiary w łączność Kościoła z Bogiem? Jeśli kasta kapłańska, ba! cała doktryna przestaje być potrzebna do ratowania duszy przed rzekomym potępieniem, to nie można się dziwić, iż większość Polaków traktuje religię jako atrakcyjny dodatek do kultury. Na tej samej zasadzie, jak wszelkie święta „pogańskie” typu Halloween czy Samhein: fajne obrzędy i ceremoniał, dodaje toto skądinąd potrzebnego (od czasu do czasu) patosu naszej egzystencji, ale żeby traktować to całkiem serio, to nie, dziękujemy.
I niech nikt nie myśli, że chrześcijaństwu w sukurs przybieżą tzw. kibole. Głównym celem religii jest prowadzenie człowieka po śmierci, a nie wyłączne wspieranie go za życia. Dlatego nawet najzacieklejsza obrona świątyni nie ocali Kościoła, jeśli jego „bojownicy” nie będą na co dzień autentycznie zainteresowani zbawieniem.




Komentarze
Pokaż komentarze (422)