30 obserwujących
303 notki
297k odsłon
  833   0

Jak uratować Ziemię bez wracania do szałasów?


Można wątpić w to, że klimat zmienia się przez człowieka, tak jak można wątpić w skuteczność szczepionek czy programów typu 500+. Globalne ocieplenie jest sprawą tak skomplikowaną, że przeciętny człowiek może tylko zawierzyć naukowcom lub... odrzucić bombardujące go, nieraz sprzeczne ze sobą informacje. Jednak nikt przy zdrowych zmysłach, kto czyta wiadomości o świecie, nie zaprzeczy, że w chwili obecnej dzieją się z naszą planetą bardzo złe rzeczy. Bardzo złe, jeśli – rzecz jasna – obchodzi nas środowisko naturalne. Pustynnienie, stepowienie, wylesianie, częstsze pożary, wyjałowienie gleb, straszliwe zanieczyszczenia wody, ziemi i powietrza, wymieranie gatunków... I jest to w znacznej mierze wina człowieka, który swoją polityką bezustannej, chorobliwej eksploatacji natury doprowadził do stanu, w którym zasoby naturalne (i te martwe, i żywe) nie odnawiają się już z wymaganą do dalszego wyzysku szybkością, rosną góry i wyspy śmieci, a my sami niedługo możemy się obudzić na zabetonowanej, śmierdzącej pustyni.


Oczywiście filmik jest mocno przerysowany i niesprawiedliwy. Każdy gatunek eksploatuje swoje środowisko, zabija, pożera. Tyle, że my robimy to aż nazbyt efektywnie.

Jakie remedium? Niestety, drastyczne. Przede wszystkim – koniec masowej, napędzanej reklamą i popkulturą ultrakonsumpcji. Koniec z przemysłową hodowlą bydła i trzody, a nawet z przemysłowym rolnictwem. Koniec z tragicznym marnowaniem żywności. Koniec z wycinką lasów pod kolejne pastwiska. Koniec z patologiczną rozbudową miast, pochłaniającą okoliczną przyrodę. Naturalnie przy wtórze jazgotu ze strony wielkiego biznesu, gospodarczych libertynów i zafiksowanych na swojej misce egoistów.

Pytanie jednak, co to jest ta nadmierna konsumpcja? Gdzie kończą się standardowe potrzeby cywilizowanego człowieka, a zaczyna obrzydliwy zbytek? Kto ma o tym decydować? Dopiero co jedna lewicująca blogerka oraz jeden z jej gości oskarżyli mnie o krzywdzenie natury, albowiem – uwaga, uwaga! – nasza rodzinka chce się przeprowadzić z mieszkania do domu. Toż to gwałt na planecie, gdyż dom wymaga ocieplania paliwami kopalnymi! Dochodzi samochód plus jedzenie egzotycznych warzyw i owoców, których transport zostawia potężny ślad węglowy. Posiadanie domu, samochodu, podróżowanie i jedzenie importowanego żarcia kłóci się z miłością do przyrody. Howgh.

Dlatego właśnie nie lubię fanatyków: chcą wszystko przyciosać do swojej wizji świata. Każdemu wolno wszystko, jeśli tylko ma kasę (liberałowie) lub każdemu po równo i tyle, żeby nie zdechł (socjaliści). Tymczasem słuszne i potrzebne są zarówno spora doza wolności gospodarowania swoim majątkiem, przemieszczania się oraz pochłaniania zasobów, jak i odgórna kontrola nad całością majątku wspólnoty, dystrybucją i dostępem do podstawowych dóbr czy wreszcie szeroką pojętą ochroną środowiska. Oczywiście jest to nie do przyjęcia przez skrajnych prawaków i lewaków, którzy nienawidzą kompromisu i potępiają wszelkie odstępstwa od szablonu ich ukochanej ideologii. Nazwałabym to nietolerancją, ale nie, to byłaby wręcz nobilitacja.

Jednak to, co mnie się marzy, czyli połączenie surowej państwowej (lub ogólnonarodowej) kontroli nad wykorzystaniem zasobów planety z wolnością jednostki do dysponowania swoimi pieniędzmi nie jest takie proste. Ile bowiem i co dokładnie wolno jednostce nabyć (drogą kupna), żeby nie została oskarżona o konsumpcjonizm i niszczenie przyrody? To przecież bardzo subiektywne. Dla mnie nawet duży dom i dwa samochody jeszcze nie dyskwalifikują człowieka z grona ludzi, którzy aspirują do bycia eko. Ktoś jednak może myśleć inaczej. A co będą myśleć politycy, którzy w przyszłości będą chcieli zająć się problemem nadmiernej konsumpcji? Z pewnością ich zarządzenia, dekrety, prawa i ustawy zostaną przez jednych okrzyknięte zielonym totalitaryzmem, a przez drugich niewystarczająco ostrym batem na chciwych bogaczy. Jedni będą narzekać na ograniczanie wolności jednostki, drudzy na ciągle zbyt małe nastawienie na dobro ludzkości, przyrody i planety. Jedni będą kombinować, jakby tu kupić papierową książkę, przemycić do domu psa, ocalić kolekcję rzadkich motyli, zjeść steka spoza przydziału, wreszcie – uniknąć aborcji trzeciego dziecka; drudzy będą obserwować, notować, nagrywać oraz donosić na tych pierwszych, gdyż w ich oczach buntownicy reprezentować będą rodzaj pasożytów, złodziei i skrajnych egoistów.

Ale to pewnie mniejszości. Znaczna część obywateli Ziemi będzie – jak mniemam – pokornie, a może nawet dość bezmyślnie znosić panowanie Wielkiego Światowego Rządu, uważając restrykcje i ograniczenia za zasadne i zrozumiałe. I dzięki ich solidarnej współpracy tudzież zgodzie na rezygnację z wygody, wolności, przyjemności, a nawet mobilności, nasza zdewastowana przyroda się odrodzi. Taki jest w każdym razie cel każdego prawdziwego „ekoterrorysty”. Oceany się oczyszczą, gleba wydali truciznę, zagrożone gatunki zwiększą liczebność. Kto jest za, ręka do góry!

Tymczasem myśmy wzięli sobie do mieszkania dwa koty. A powinniśmy kozę. ;)


Lubię to! Skomentuj153 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości