36 obserwujących
375 notek
381k odsłon
  391   1

Jak spierać się o aborcję? I czy w ogóle należy?


Są takie spory, które jasno pokazują, że moralność jest jak dupa – każdy ma własną. Są to spory o prawa wszelkich grup, od mniejszości poprzez płeć aż po zwierzęta, spory o wartości i cele porządnego człowieka czy wreszcie spory o kwestie fundamentalne, dotyczące samego życia. W dzisiejszych czasach jak nigdy wcześniej jednostka (naturalnie żyjąca w tzw. cywilizowanym kraju) może SAMA wybrać, po której stronie się opowiada, co będzie wspierać czy o co walczyć (choćby słowem). Naturalnie może zostać wyśmiana, a nawet potępiona przez większość współplemieńców, lecz subiektywne opinie choćby i miliarda ludzi wciąż są warte jedno wielkie... zero. Co się zatem liczy? CZYNY. Kto wygra? Kto komu da w mordę? Kto przepchnie swoją rację na drodze legislacyjnej? I na jak długo?

Jedną z takich cholernie drażliwych spraw jest nieustająca kłótnia o aborcję. Kłótnia, która się zapewne nigdy nie skończy. Bardzo ładnie i rozumnie pisze o tym pan Tomasz Terlikowski:

Jednolity system moralny naszych zachodnich społeczeństw już nie istnieje i niewiele wskazuje na to, by w najbliższym czasie (a może kiedykolwiek) można go było odbudować. Wiara społeczeństw postoświeceniowych, że „postęp" jest nieunikniony, a pewien model myślenia zaniknie, jest tak samo naiwna, jak wiara części konserwatystów religijnych, że dzięki sprawnej edukacji i prawu da się wyeliminować ze społeczeństwa zwolenników innych modeli życia i myślenia. Obie strony (umownie rzecz ujmując, bo mam świadomość, że w istocie wielu ludzi wcale nie uważa się za stronników żadnej ze stron), pozostaną i będą próbowały realizować swoje postulaty, z których i jedne, i drugie opierają się na pewnych założeniach, a kompromis między tak radykalnie odmiennymi założeniami nie jest – przynajmniej nie na stałe – możliwy.

Jeśli przeczytaliście cały artykuł, a znaliście wcześniejszego pana Terlikowskiego, może Was zaskoczyć jego przemiana z katolickiego radykała w człowieka pragnącego kulturalnego dialogu pomiędzy zwolennikami i przeciwnikami prawa do (swobodnej) aborcji, nawet jeśli nie widzi szans na dojście do jakiegokolwiek porozumienia. Mnie samą zadziwia, jak bardzo ewoluował ten człowiek w swoich zapatrywaniach. Krótko i zwięźle: musimy żyć w jednym społeczeństwie i jakoś ze sobą wytrzymać. Wszystko gites, prawda?

A może jednak nie? Bo czy szacunek dla osoby o skrajnie odmiennej mentalności, poglądach i MORALNOŚCI jest szacunkiem autentycznym? Czy może raczej ersatzem szacunku, jego tchórzliwą namiastką i uległością wobec idei nieagresji? Czy owa idea jest zawsze słuszna? Przyznam się, że jestem tutaj rozdarta. Z jednej strony tolerancja dla odmienności, w tym światopoglądowej, jest podstawą zgodnego współżycia społecznego, zmniejsza ilość cierpienia (gdyż sprzeciwia się jego wywoływaniu), pozwala szukać wyjścia z konfliktowych sytuacji. Z drugiej wszakże strony, nadmierna pobłażliwość dla każdego, kto myśli inaczej, owocuje pobłażliwością dla jego CZYNÓW, a to już może prowadzić do totalnego moralnego relatywizmu czy wręcz nihilizmu. Że nie wspomnę o emocjonalnym buncie, jaki odczuwamy, kiedy widzimy, że dzieje się coś, co my UZNAJEMY za złe, niemoralne, podłe. Czy możemy choćby tolerować skrajnie odmienne założenia moralne, które prowadzą do czegoś, co dla nas samych jest obiektywnie złe? Czy w imię społecznej zgody należy godzić się na zło? Czy ze złe należy polemizować, przekonywać, szukać kompromisu?

Nie zamierzam tutaj rozważać, czy my sami w ogóle wiemy, co jest dobre, a co złe. Jeśli bowiem Bóg milczy, to jesteśmy skazani na swoje – jakże ułomne – sumienie, a ono jest zależne od naszych emocji, uczuć, lęków, obsesji, ba!, chwilowego nastroju. A jednak oprócz sumienia nie pozostaje nam praktycznie nic. Nasze sumienie to MY. Pytanie zatem nie brzmi, czy nasze sumienie ma rację czy się myli, bo tego do śmierci się nie dowiemy (i oby tylko do śmierci), ale czy powinniśmy zawiesić spokój sumienia, czyli walkę o słuszne w naszym mniemaniu prawo, żeby tylko uniknąć poważniejszych tarć, wykluczenia, agresji. Bo jeśli tego sumienia nie zawiesimy, jeśli będziemy uparcie dążyć do przeforsowania swojej racji, jeśli wreszcie będziemy stygmatyzować i potępiać osoby o odmiennych poglądach, to jednocześnie powiększymy sumę cierpienia na świecie. Tylko... co z tego? Może jest to jednak konieczne? Może trzeba przysporzyć cierpienia ludziom, których uważamy za niemoralnych, żeby powstrzymać ich samych przed tym, co my sami uważamy za niemoralne?

To dotyczy nie tylko aborcji, lecz aborcja jest właśnie „na topie”, więc o niej piszę.


Lubię to! Skomentuj97 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale Społeczeństwo