Karolina Nowicka Karolina Nowicka
537
BLOG

Czy edukacja seksualna jest potrzebna?

Karolina Nowicka Karolina Nowicka Rozmaitości Obserwuj notkę 309


Pamiętam, jakby to było dzisiaj... Najpierw było dość ogólnikowe objaśnienie w wykonaniu mamy, czym jest stosunek seksualny. Kilka lat później mama wręczyła mi książeczkę „O dziewczętach dla dziewcząt” i to z niej się dalej edukowałam. Dochodziło nieodzowne „Bravo” i „Bravo girl”, gdzie można było poznać tajniki zmysłowości prezentowane przez rzekome autorytety w tej dziedzinie. Dodatkowo czytałam samodzielnie wybrane książki profesora Lew-Starowicza („Seks w kulturach świata”) oraz jego artykuły w „Filipince”. Dochodziły pokątnie oglądane filmy erotyczne. Internetu wówczas nie było (tzn. był, ale w specjalnych „kawiarenkach”). I tak powoli, mozolnie budowała się moja świadomość seksu, pichciła wiedza o tym zjawisku, rosło zrozumienie i pociąg. Późno dojrzałam i poznałam smak tej przyjemności. Ale nie żałuję, bo na wszystko jest czas.

Zapewne teraz jest łatwiej, a na pewno szybciej. Prawie każdy ma w domu Internet, a ten uświadamia z prędkością światła, o co chodzi w tym całym erotycznym misz-maszu. Dzieci już nie muszą zdobywać odpowiednich lektur, podkradać gazetek, potajemnie dochodzić, co i jak w splecionych ciałach, jękach, stękach i kwękach. Jeśli tylko rodzice nie pilnują, co ogląda ich pociecha, zapozna się ona z seksem w tempie przekraczającym jej dojrzałość emocjonalną i społeczną, co przecież specjalnie dobre nie jest. Podobno istnieją programy blokujące pewne treści dla dorosłych. Warto się tym zainteresować. My nie mamy z tym większego problemu, widzimy cały czas, czym zajmuje się w Sieci nasz maluszek, ale nie każdy ma czas warować nad potomkiem i pilnować, żeby nie zabłądził w okolice stron XXX.

A tymczasem nasze dzieci chce też edukować szkoła. Istnieje już przedmiot o nazwie wychowanie do życia w rodzinie, ale to trochę mało, jeśli dziecko ma się zaznajomić z Erosem. Tylko czy takie nauki są potrzebne w edukacji powszechnej? Ja bym jednak nie skreślała tak całkowicie tej sex-ed, bo może się okazać, że jest ona całkiem znośną dawką wiedzy o ludzkim ciele, emocjach, uczuciach, relacjach tudzież potrzebach obu stron. Może to właśnie sex-ed pomogłaby nastolatkom w dokonaniu właściwego wyboru partnera? Z drugiej strony, czyta się mrożące krew w żyłach historie o zberezieństwach, jakich mieliby się dopuszczać na niewinnej dziatwie tzw. edukatorzy, zwłaszcza ze środowiska aktywistów LGBT. Czy takie rzeczy nie powinny zatem pozostawać w domenie edukacji domowej, przekazywanej nieletnim przez rodziców?

To wszystko jeszcze długo będzie budzić wątpliwości, mnożyć spory, rozjątrzać ideologiczne rany, tak jakby od tego zależała przyszłość naszych maluchów. Może i tak właśnie zresztą jest, może należy domagać się, żeby w szkole takich przedmiotów nie było. Sama nie wiem. Na razie mowa o tym, że sex-ed ma być nieobowiązkowa, podobnie jak niesławne lekcje religii. Jeśli tak, to nie widzę większego problemu, byle tylko rodzice byli dodatkowo poinformowani, czego konkretnie uczyłoby się ich dziecko na tych zajęciach. Grunt to mieć wybór.


Miłośniczka przyrody, wierząca w Boga (po swojemu) antyklerykałka, obyczajowa liberałka. Lubię słuchać audiobooków, pisać na Salonie, rozmawiać z ludźmi w Necie. W życiu realnym jestem odludkiem, nie angażuję się społecznie, właściwie to po prostu spokojnie wegetuję, starając się jakoś uprzyjemnić sobie tę swoją marną egzystencję. Mało wiem i umiem, dlatego każdego, kto pisze sensownie i merytorycznie bardzo cenię. Z kolei wirtualne mądrale, które wiedzą jeszcze mniej ode mnie, ale za to uwielbiają kłótnie i nie stronią od ad personam, traktuję tak, jak na to zasługują.

Nowości od blogera

Komentarze

Inne tematy w dziale Rozmaitości