Im jestem starsza, tym mniejszą mam ochotę na kolekcjonowanie nowych rzeczy. Byłby to może niezły wstęp do autentycznego minimalizmu, gdyby nie to, że jeszcze mi do tego stylu bycia nieco brakuje. Wciąż otacza mnie za dużo przedmiotów, a gdybym miała pieniądze, to mimo wcześniejszego zapewnienia, że nie mam już ochoty na powiększanie majątku, pewnie bym coś jeszcze dokupiła. Tak więc stoję w rozkroku pomiędzy bardzo skromną egzystencją a pragnieniem urozmaicenia swojej garderoby (które może się ziścić po otrzymaniu wypłaty) oraz nabycia paru tomików poezji. :)
I na tę okazję zapraszam państwa do przeczytania ciekawego wywiadu z panią, która ocknęła się w pewnym momencie swojego życia i stwierdziła, że już więcej rzeczy nie potrzebuje:
Strasznie dużo w tym tekście narzekania na kapitalizm, liberalizm gospodarczy, skrajny indywidualizm czy kult własności prywatnej, niemniej autorka ma rację w tym, że wiele szlachetnych idei (jak feminizm) zostało pochłoniętych przez konsumpcjonistyczny szał reklamowania markowego towaru. Nawet biedota chce uczestniczyć w zakupowym szaleństwie. Wiele się mówi o środowiskowych kosztach takiego podejścia do życia, ale co z naszym zdrowiem psychicznym? Na nie też rozbuchany konsumpcjonizm wpływa bardzo źle. A rozpad relacji w świecie, w którym wartość człowieka zależy od posiadanych przez niego gadżetów? Swoją drogą, zapieprzanie po to, by zarobić na luksusowe dodatki wydaje mi się jednym z głupszych sposobów na marnowanie czasu. :)
Nie zachęcam nikogo do zostania prawdziwym minimalistą, gdyż jest to droga trudna, wymagająca całkowitej odmiany myślenia. Ale na pewno warto zastanowić się, czy musimy konsumować AŻ TYLE. I czy te wszystkie sprzedające nam przepis na szczęście pod postacią zakupów korporacje nie należałoby spuścić w przysłowiowym klozecie.


Komentarze
Pokaż komentarze (46)