Co rusz odzywają się głosy zatroskania o kondycję katolicyzmu. Ostatnio pojawiły się w kontekście papieskiego zaproszenia do Asyżu, skierowanego do przedstawicieli wielu wyznań – na modlitwy o pokój na świecie.
Benedykt XVI nawiązuje w oczywisty sposób do wcześniejszych zaproszeń Jana Pawła II. Jak wówczas, tak i teraz niektóre środowiska katolickie, bądź protestują, bądź wyrażają ogromny sceptycyzm w stosunku do tej inicjatywy.
Naczelnym zarzutem jest relatywizowanie prawd katolickich i „rozmywanie” pośród innych systemów wierzeniowych. Głosiciele tej zasady powołują się na jedną z głównych prawd wiary chrześcijańskiej: Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną i twierdzą, że jedyną drogą do zbawienia jest droga katolicka.
Paweł Lisicki z „Rz” domaga się natomiast pokazania w historii Kościoła lub w zapisach Biblii pochwały wspólnych publicznych modlitw najpierw Izraelitów, a później chrześcijan z wyznawcami innych religii…
Nie bardzo rozumiem dlaczego tego rodzaju argumenty pojawiają się przy tej okazji – wszak modlitwy o pokój przedstawicieli różnych wyznań nie relatywizują niczego, nie naruszają żadnej prawdy katolickiej, nie umniejszają w żadnej mierze roli i miejsca katolickiego Boga.
Nie mam też zamiaru studiować historii Kościoła i zapisów Biblii pod kątem próśb redaktora Lisickiego, nie o to bowiem w tym wszystkim chodzi.
Modlitwy o pokój w obecnych niespokojnych czasach urastają więc do rangi symbolu. Stacje telewizyjne epatują obrazami wojen, które mają mieć swe źródło w religiach. Jest to oczywiste nadużycie i kłamstwo. Do wojen prowadzi bowiem fundamentalizm – pisze o tym m.in. ks. Ignacy Soler z Opus Dei: Religia nie może być nigdy fundamentem przemocy, nie może sprzyjać wojnie, terroryzmowi czy zamachom na ludzkie życie. Bo wtedy religia staje się fundamentalizmem (Rz, 18.01.2011).
Skoro więc takie oczywistości wymagają przypomnienia, to może spotkanie modlitewne w Asyżu nabiera dodatkowego znaczenia? Czyż nie urasta do rangi symbolu obecność przedstawicieli wielu wyznań właśnie po to, by zaprzeczyć religijnym źródłom wojen?
Intencją kapłanów, szamanów, mułłów i innych liderów religijnych z Ameryki, Europy, Azji i Afryki nie jest relatywizowanie obrazu Boga – oni mają inne zadanie: publicznie potępić wszelką przemoc dokonywaną w imię Boga i nawoływać do pokoju!
Niektórych katolików oburza i wywołuje odruch wstrętu (Roberto de Matei, przewodniczący Fundacji Lepanto) widok posążka Buddy wystawionego na ołtarzu jednego z tamtejszych kościołów. Rozumiem wrażliwość katolicką i pewien dyskomfort, jaki mógłby ów mędrzec odczuwać, ale pisanie o wstręcie jest już lekką przesadą. A już zupełnie nie może to być argument przeciwko modłom w Asyżu!
Nastąpiło pewne przemieszanie pojęć. Wynika to, moim zdaniem, z niezrozumienia idei Asyżu. Na miejscu katolików cieszyłbym się, że to właśnie na zaproszenie głowy ich Kościoła przybywają ważni kapłani innych wyznań – czy to nie wystarczy?
Argumenty, że w trakcie modlitw o pokój w Egipcie ginęli koptowie z rąk islamskich fanatyków nie jest przeciw Asyżowi, a jak najbardziej za! Liderzy religijni wzywający swoich wyznawców do pokoju, piętnujący morderców powołujących się na Boga, dobitnie wskazują, że wojny niewiele mają wspólnego z Bogiem i wszczynający je nie mają prawa wykorzystywać imienia bożego do swoich celów.
Na uwagę zasługuje jeszcze jeden argument redaktora Lisickiego podniesiony w trakcie gorączkowej dyskusji o Asyżu, który napisał, że nie bardzo wierzy w skuteczność tego typu inicjatyw… Jak to, nie wierzy w siłę modlitwy?!


Komentarze
Pokaż komentarze (2)