Gdy 2 lata temu ówczesny prezydent stolicy, Lech Kaczyński, zakazał bezczelnej promocji postaw homoseksualnych na ulicach Warszawy, rozległ się straszliwy wrzask i oburzenie.
Nie wiem, czy ten zakaz, czy może cała ta pro-homoseksualna histeria, sprowokowały organizatorów i uczestników tych wydarzeń do wznoszenia absolutnie głupawych haseł.
Jedno z nich przypomina zdjęci ilustrujące artykuł o werdykcie Trybunału Praw Człowieka w "Dzienniku" z 4 maja. Oto pewna młoda dziewczyna trzyma wysoko podniesioną tablicę z hasłem: Prawa gejów sprawą ruchu pracowniczego. I podpisane: Pracownicza Demokracja.
Rozumiem, że owa Pracownicza Demokracja (PD, ojej jaki zbieżny skrót z innymi tolerancjonistami!) to jakiś strasznie lewacki związek zawodowy lub coś podobnego. Nie rozumiem jednak, dlaczego prawa gejów miałby stać się "sprawą ruchu pracowniczego"?
Miałem dotąd pogląd, że związki zawodowe zajmują się obroną pracowników, bez względu na wiek, płeć i wykształcenie. Że walczą z jawną niesprawiedliwością niektórych domorosłych biznesmenów, że próbują w trudnym czasie dla określonego zakładu, może razem z jego dyrekcją, ratować miejsca pracy... Że ... I tak możnaby wymieniać jeszcze sporo powodów istnienia związków zawodowych.
Mam bujną wyobraźnię, ale nie za bardzo mogę sobie uświadomić, w jaki sposób te prawa mają być przedmiotem walki związkowej? Bo co .. Jak pójdzie w zakład informacja, że będą zwolnienia, to wszyscy z czarnych list będą się naprędce określali jako geje? Najgorzej będą mieli ci z dziećmi, no bo jak wykażą homoseksualne ciągoty?
A co zrobi PD jeśli gejem będzie ... okrutny pracodawca chcący ludzi zwalniać?
A co ... i tak dalej i tym podobnie...
Rozumiem, że to młode dziewczę trzymające ten plakat musi się się jeszcze wiele nauczyć, ale co powiedzieć starszym liderom PD?
Ponownie do nauki?
Inne tematy w dziale Polityka