Całkiem niedawno prasa zaprezentowała treść poufnego dokumentu znanej światowej organizacji praw człowieka, Amnesty International.
Mówi się w nim o tym, że komitet wykonawczy - czy jak się tam nazywa to ich najważniejsze ciało - rozważa wprowadzenie do katalogu ich działań ... prawa do zabijania ludzi.
Pomyłka? A skądże! Amnesty International rozważa, mówiąć ich głupawą nowomową, zaangażowanie się w walkę o prawa kobiet do aborcji.
Innymi słowy, Amnesty rozważa zaangażowanie się po stronie swoich przeciwników, po stronie zabijania człowieka przez człowieka. Jakkolwiek nie nazwać "aborcji" (to takie miłe, niekontrowersyjne określenie) mamy w tym wypadku do czynienia z powolną zdradą slusznych skądinąd idei praw człowieka.
Jest to dla mnie szok podwójny - w tę sprawę angażuje się organizacja, dla której prawa człowieka do życia (przeciw karze śmierci) były - tak, można to chyba określić czasem przeszłym - sztandarem aktywności. Angażuje się organizacja, z którą zetknąłem się po raz pierwszy na przełomie lat 80. i 90. kiedy usłyszałem o ich odważnych akcjach protestacyjnych przeciwko przetrzymywaniu w amerykańskich więzieniach indiańskich więźniów politycznych (tak, tak, są tacy również w USA!). Wówczas sprawa dotyczyła głośnego zatrzymania indiańskiego przywódcy z Pine Ridge, Leonarda Peltiera, który niesłusznie oskarżony, w więzieniu siedzi do dziś.
No po prostu, koniec świata. Jako analogię znajduję całkowicie absurdalny i teoretyczny przykład, kiedy ojciec zmuszałby własną córkę do spożywania ciężkich narkotyków. Przykład tak absurdalny, jak absurdalny jest pomysł, by AI wspierała aborcję.
Czyżby nowa formacja: Waffen SS Amnesty?
Inne tematy w dziale Polityka