Mamy za sobą szczyt G 8 i wizytę Georga Busha w Polsce. Szczyty gospodarczo-polityczne, czy wizyta amerykańskiego prezydenta gdziekolwiek za świecie auktywniają środowiska "przeciwników globalizmu".
Biorę ich w cudzysłowiu dlatego, że co bardziej nadgorliwi publicyści i komentatorzy rozróżniają te środowiska na antyglobalistów lub alterglobalistów, popisując się finezyjnymi porównaniami i analizami obu (może znacznie więcej) środowisk. Wskazują na jakieś istotne różnice ideowe, genezę powstania, odniesienia do współczesnych problemów cywilizacji.
Dla mnie sytuacja jest bardziej prosta. Gdy widzę grupy młodzieży poubierane w koszulki z wizerunkami Marksa, Che Guevary, Lenina, czy innych komunistycznych idolów, gdy obserwuję zgromadzenia tychże z flagami z sierpem i młotem, jedno jest pewne: to żadni anty~ czy alterglobaliści, a zwyczajni globalkomuniści! Komunizm niemiecki (tam się wszak narodził) czy sowiecki (tam się niezwykle rozwinął) wyhodował, jak widać, piękne swe klony i dla niepoznaki kazał im walczyć z globalizmem.
Nie twierdzę, że globalizm w swej sferze ideowej, gospodarczej, czy kulturowej nie jest niebezpieczny. Uważam jednak, że walka z nim za pomocą jakże globalnego komunizmu nie prowadzi do niczego dobrego.
Zamiana libertyńskiego globalizmu światowym komunizmem nie jest alternatywą, towarzysze komuniści...
Inne tematy w dziale Polityka