Dwie skrajne postawy, ale jeden tok myślenia
Najgorsze, co może robić Polska, to obrażać się na Unię Europejską, którą wszak współtworzy. A z taką sytuacją mieliśmy, niestety, do czynienia w ostatnich latach. Możemy procesy zachodzące w Unii krytykować, mamy wręcz obowiązek wysuwać własne projekty, ale nigdy, przenigdy nie powinniśmy zachowywać się, jakbyśmy nie byli tam współgospodarzami. Widać pewną zbieżność między dwiema skrajnymi postawami: ci, którzy uważają, że Polska powinna potulnie słuchać największych graczy i ci, którzy uważają UE nieledwie za okupanta, i że nie powinniśmy starać się wpływać na nurt zmian.
Francja – kiedy poznamy wspólne projekty?
Dwa państwa, które niezmiennie – po wyjściu z UE Wielkiej Brytanii – mają najwięcej do powiedzenia w Unii, to Francja i Niemcy. Z racji wielkości, możliwości politycznych i potencjału gospodarczego, czy się komuś to podoba, czy nie, pozostaną w najbliższej przyszłości głównymi graczami. Budowanie partnerstwa z tymi państwami jest więc dla Polski strategiczne.
Jeśli chodzi o pierwszą fazę budowania partnerstwa, czyli fazę gestów, ciepłych i słów i ogólnych deklaracji, to mamy ją już za sobą. Teraz należałoby oczekiwać konkretów. W przypadku Francji warto pamiętać, że państwowy koncern EDF ubiega się o budowę w Polsce elektrowni jądrowej w ramach programu rządowego. Teraz, gdy PGE wycofała się z projektu atomowego, który miał być realizowany wspólnie z ZE PAK i koreańskim koncernem KHNP, szanse na to wzrastają. Niemniej żadne, nawet wstępne deklaracje tu nie padły. Inny obszar, w którym obie strony mogłyby osiągnąć korzyści, to przemysł zbrojeniowy i stoczniowy. Tu również czekamy od wielu miesięcy, aż coś się zadzieje.
Niemcy – są deklaracje, czas na szczegóły
Media i politycy skupili się przy okazji zeszłotygodniowej wizyty Olafa Scholza na kwestii deklaracji o zadośćuczynieniu dla ofiar II wojny światowej. I kontrowersje wokół tej kwestii przyćmiły inne ustalenia – owszem, na razie czysto deklaratywne, ale pokazujące jednak kierunek, w którym może pójść współpraca. W ustaleniach znalazła się na przykład współpraca w dziedzinie infrastruktury naftowej i stabilności dostaw paliw z Niemiec do Polski oraz zapewnianiu dostaw ropy naftowej do rafinerii PCK Schwedt.
Przypomnijmy – kilka lat temu Rosjanie zmierzali do przejęcia kontroli nad tym zakładem, a po agresji Rosji na Ukrainę kupno udziałów w Schwedt rozważał nasz polski Orlen. Wspomniane dostawy realizować mają polskie spółki PERN i Naftoport – a to dla Naftoportu oznacza, że będzie miał szanse na zwiększenie wolumenu sprowadzanego paliwa.
Niemcy zapowiedziały także przeznaczenie kilkuset mln euro m.in. na zwiększenie bezpieczeństwa w regionie i współpracy militarnej. I tu pytanie: czy skorzysta na tym tylko niemiecki przemysł zbrojeniowy, czy także skorzystają polskie zakłady? Rzecz jasna, że rząd powinien dążyć do tego, by nie były to tylko niemieckie inwestycje w bezpieczeństwo sąsiadów Niemiec, ale by powstał wspólny projekt – także na poziomie biznesowym.
Po pierwsze decyzyjność
Są realne szanse, by nowe otwarcie w relacjach z Francją i Niemcami przekuć na konkretne projekty także w obszarze gospodarki. Tylko potrzeba tu decyzji. Szybkich decyzji. Nie śmiem marzyć o wsparciu opozycji dla takich projektów, ale trzymam kciuki, by przynajmniej w łonie samego koalicyjnego (a więc siłą rzeczy reprezentującego ugrupowania o różnych wizjach) rządu udało się takie decyzje podjąć bez zbędnej zwłoki. I oby decydenci pamiętali przy tej okazji: korzyści dla bezpieczeństwa i korzyści polityczne nie wykluczają korzyści dla polskiej gospodarki. Wręcz przeciwnie, ściśle się z nimi wiążą.


Komentarze
Pokaż komentarze (3)