Zielona zmiana: nie „czy”, ale „kiedy”
Nie ulega wątpliwości, że forsowne i kosztowne wdrażanie Zielonego Ładu w Unii Europejskiej mogłoby okazać się śmiertelnie niebezpieczne dla gospodarek państw Europy Środkowo-Wschodniej. W tym gospodarki naszego kraju. Kiedy Bruksela dawała jasno do zrozumienia, że odejście od węgla to decyzja, od której nie będzie odwrotu, nad Wisłą rojono o „czystych technologiach węglowych”. Mamy kilka, a może nawet kilkanaście lat opóźnienia z winy różnych politycznych opcji rządzących Polską. Nikt nie chciał iść na zwarcie z potężnym związkowym lobby górniczym.
Nie ulega również wątpliwości, że unijne zielone plany nie mają wpływu na tempo zmian w takich państwach, jak Chiny, Indie, Indonezja. Jednak manipulacją jest twierdzenie, że te potężne skądinąd gospodarki pozostaną węglowymi oazami. Wspomniane Chiny często podaje się jako przykład kraju, który „węglem stoi”. Ci, którzy o tym mówią, zapominają dodać, że Chiny stają się jednym z liderów wdrażania zielonych technologii. Z prostego powodu: o ile różne kraje i różne politycznej opcje różnią się co do tempa i modelu dojścia do energetyki zeroemisyjnej, to nikt poważny nie kwestionuje samego kierunku zmian. Nieprzypadkowo Saudi Aramco, globalny potentat w zakresie wydobycia ropy inwestuje olbrzymie pieniądze w zielone technologie. Bo taka jest przyszłość.
Polskie węglówki wciąż mają się dobrze
Tymczasem u nas co rusz wybuchają różnorakie nadzieje, związane z europejskimi debatami nad Zielonym Ładem. Jak wspomniałem, stanowią one przejaw wishful thinking, podpartego Trumpowskim hasłem: „Wiercić!”. Gdzie Rzym, a gdzie Krym – gdzie Warszawa, a gdzie Teksas, chciałoby się powiedzieć. Ale przyjmijmy przez chwilę, że fantastyczny scenariusz się spełnia i Unia Europejska ogłasza kilkunastoletnie moratorium na pożegnanie z węglem. Co oznacza to dla Polski? W wariancie optymistycznym – kilkanaście lat na zamknięcie węglowych elektrowni, budowę energetyki atomowej i oparcie naszej gospodarki o OZE. Polityka jest jednak, jaka jest, więc obstawiałbym raczej trwanie przy niejednym anachronizmie i liczenie na to, że z kilkunastu lat zrobi się kilkadziesiąt lat. Mniej więcej to samo obserwowaliśmy dziesięć-dwanaście lat temu. Z jakim skutkiem – widzimy. A raczej nie widzimy, bo nadal nie mamy ani jednej elektrowni jądrowej, a węglówki, coraz droższe, mają się dobrze.
międzyczasie pozamykaliśmy wiele kopalń, a dzisiaj koszt wydobycia węgla w Polsce to około 820 zł za tonę, co stawia nas w światowej czołówce. Nie możemy konkurować z wysokiej jakości i znacznie tańszym w wydobyciu węglem australijskim.
Nie żyjemy w erze Edwarda Gierka
Niezależnie, jak będzie wyglądać polska i europejska droga do zielonej energetyki, nie możemy z tego kierunku zawrócić. Nie tylko z powodu kar i opłat, które narzuca nam Bruksela, ale z prostego powodu: nie żyjemy w latach siedemdziesiątych zeszłego stulecia. Jeśli dziś dopuszczalne jest stosowanie węgla, to węgla wysokiej jakości, a nie, jak się mówiło zgryźliwie, „kamienia węgielnego”, który często-gęsto używano w Polsce, z opłakanymi skutkami dla środowiska i dla ludzkiego zdrowia.
Obecnie największym problemem nie jest to, że Unia Europejska wymusza na nas – i nie tylko na nas – szybkie i całkowite odejście od energetyki węglowej ale to, że zielona zmiana następuje u nas w ślimaczym tempie. Musimy mieć świadomość, że za to tempo słono zapłacimy. Także konkurencyjnością polskiej gospodarki.



Komentarze
Pokaż komentarze (16)