Mam ponad setke komentarzy pod każdą z notek publikowanych w sieci. I to nie są te miłe „trzymaj się”, „idź na terapię” albo „modlę się za Ciebie”.

To jest ściek
.„Ruski cwel, pedale, gnij w piekle”
„Powinieneś dostać kulkę w łeb, a nie pisać”
„Molestowałeś dzieci? Czekam na info gdzie mieszkasz, sam cię znajdę”
„Twoja matka qrwa, ty pedofil, dzieciaki pewnie już cię nienawidzą i słusznie”
„Sprzedajesz dupę gejom i jeszcze się mazgaisz? Normalny facet by się zabił”
„To wszystko ściema na lajki, pedofile zawsze udają ofiary”
Czytam to codziennie. Setki razy.
Czasem scrolluję po pijaku o trzeciej w nocy i się śmieję. Czasem płaczę. Najczęściej po prostu siedzę i patrzę, bo to jedyny moment, kiedy czuję, że ktoś mnie widzi.Najgorsze nie jest to, że piszą „pedofil”. Najgorsze jest to, że mają rację.
Najgorsze jest to, że piszą „powinieneś się zabić”, a ja myślę: „tak, powinienem, ale jestem za tchórzliwy”.
Najgorsze jest to, że ktoś wrzuca screeny moich tekstów na fejsa, na wykop, na X, na jakieś prawicowe grupki i piszą: „patrzcie, lewacki bloger przyznał się do pedofilii, molestował własne dzieci, a Salon24 go nie kasuje”. I nagle mam tysiące wyświetleń, setki udostępnień i wszyscy wiedzą, że jestem Spiryto Libero – ten gnój, co bił dzieci, je molestował, a teraz daje dupę za kasę i jeszcze o tym pisze.I wiecie co? Część z tego hejtu sam wrzucam.
Tak. Robię altki, loguję się z telefonu, piszę pod sobą najgorsze rzeczy, żeby było głośniej. Bo cisza jest gorsza. Cisza to pusty pokój, butelka i lustro, w którym widzę mordę pedofila i męskiej dziwki. A hejt to przynajmniej głos. Jakiś sygnał, że jeszcze istnieję.Ludzie piszą: „to prowokacja, chce sławy”.
Nie. Chcę kary.
Chcę, żeby ktoś mnie zlinczował wirtualnie, bo fizycznie nikt nie przychodzi. Chcę, żeby mnie opluli tak mocno, że w końcu poczuję, że zapłaciłem choć trochę za to, co zrobiłem dzieciom. Ale nie płacę. Bo hejt to tylko słowa. A ja potrzebuję bólu, który naprawdę boli. Tego, który czułem, jak stary lał mnie pejczem. Tego, którego nie umiem sobie zadać sam.Więc siedzę dalej i piszę.
Opluwam lewaków, prawaków, feministki, pisowców, PO, Kościół, Rosję, Ukrainę, siebie.
Im więcej jadu wyleję, tym więcej ludzi przyjdzie mnie opluć z powrotem.
To jest moja nowa prostytucja – sprzedaję duszę za kliki i nienawiść.
Tani call boy internetu. Najniższa stawka: jeden hejt = jeden komentarz = jeden łyk wódki.Dostałem wczoraj maila:
„Wiem kim jesteś. Wiem gdzie mieszkasz. Mam twoje zdjęcia z dzieciakami. Jak nie znikniesz z neta, to twoje dzieci się dowiedzą, że ojciec-pedofil nadal żyje i pisze”.
Serce mi stanęło. Nie ze strachu o siebie. Ze strachu, że one to przeczytają. Że zobaczą, że ich stary ojciec-potwór jeszcze zipie, jeszcze się mazgai, jeszcze sprzedaje dupę i udaje, że przeprasza.Nie zniknąłem.
Piszę dalej.Bo jak przestanę – to co mi zostanie?
Pusty pokój.
Butelka.
Lustro.
I cisza, która krzyczy głośniej niż tysiąc hejterów.Więc hejtujcie dalej.
Opluwajcie.
Życzcie mi kuli w łeb, pożaru, raka, piekła.
To jedyne, co mi zostało z ludzkiego ciepła.
Internetowe łajno dziękuje za uwagę.
Kontynuujcie.
Ja i tak nigdzie nie idę.

Inne tematy w dziale Społeczeństwo