Blog
Jest super, więc o co mi chodzi?
Łukasz Warzecha
Łukasz Warzecha publicysta
454 obserwujących 693 notki 3889085 odsłon
Łukasz Warzecha, 6 września 2011 r.

By żyło się lepiej. Przedszkolakom.

 W przedszkolu, do którego chodzi moje dziecko, odbyło się wczoraj zebranie. Pani dyrektor – zresztą bardzo energiczna, sprawna i doskonale prowadząca placówkę – stanęła przed trudnym zadaniem ogłoszenia rodzicom, jakie przyjemności zafundowała im na nowy rok szkolny znowelizowana ustawa o systemie oświaty oraz uchwała Rady Warszawy w sprawie opłat za przedszkola. Ciekawa i pouczająca była obserwacja reakcji rodziców: najpierw dezorientacja i niezrozumienie, potem rosnące niedowierzanie, na koniec narastająca irytacja na ewidentny absurd, połączony ze wzrostem obciążeń. I – jak można było się domyślić z niektórych komentarzy – całkowity brak zrozumienia, komu ten cyrk zawdzięczają. Czyli tradycyjna u większości obywateli niezdolność do dostrzegania związku pomiędzy tym, kto sprawuje władzę, a tym, co ich gniecie na dole za sprawą światłych decyzji tejże władzy.

Zwłaszcza dla osób, które nie mają dzieci w wieku przedszkolnym, postaram się możliwie jasno przedstawić istotę nowych regulacji.

Dotychczas system był prosty: obowiązywała jedna opłata stała za pobyt w przedszkolu. W stolicy było to 130 zł. Do tego dochodziły opłaty za jedzenie, za zajęcia dodatkowe oraz dobrowolna wpłata na Radę Rodziców, bez których to pieniędzy nie można by dzieciom zorganizować właściwie żadnej imprezy, bo na takie cele miasto funduszy już oczywiście nie daje.

Ustawodawca postanowił to zmienić. Oficjalne uzasadnienia były dwa: po pierwsze – skłonić rodziców, aby odbierali dzieci wcześniej (tak jakby rodzice masowo trzymali swoje pociechy w przedszkolach jak najdłużej dla zabawy) oraz sprawić, żeby płaciło się wyłącznie za czas faktycznie spędzony w przedszkolu. Ustalono, że tzw. podstawa programowa jest realizowana w godzinach od 8 do 13 (tak było i przedtem, tyle że nie miało to konsekwencji finansowych) i za ten czas się nie płaci. Wyłącznie za ten czas. Ilu jednak jest rodziców, którzy mogą odebrać dziecko już o 13?

Godziny od 7 do 8, od 13 do 16 i po 16 są płatne w różnej wysokości. Te od 13 do 16 są najdroższe, po 3,51 (wysokość opłaty zależy już od uchwały rady miasta). 7-8 i po 16 są po 1,8 zł.

Rodzice muszą wypełnić na początku roku deklaracje, w których zapowiadają, w jakich godzinach dziecko będzie chodzić do przedszkola w każdy dzień. Przy czym – uwaga – nie da się zadeklarować krótszych godzin, a potem ewentualnie płacić tylko za dodatkowy czas, bo po trzech wykroczeniach poza zadeklarowany czas deklarację trzeba odpowiednio zmienić. Jeżeli natomiast dziecko odbierze się przed zadeklarowanym końcem pobytu w przedszkolu, zwrotu oczywiście nie ma. Ten jest możliwy jedynie, jeżeli wcześniej zgłosi się nieobecność dziecka. Zatem tłumaczenie, że chodzi o to, aby płacić za rzeczywisty czas pobytu, jest fikcją.

Ponieważ ważna jest ewidencja czasu pobytu dzieci, nauczycielki zostają obarczone dodatkowym obowiązkiem nie tylko notowania, o której godzinie każde dziecko przyszło i wyszło, ale dodatkowo muszą co godzinę kontrolować listę. Zaś przedszkolna księgowa musi co miesiąc porównywać te spisy z deklaracjami i na tej podstawie obliczać należności i ewentualnie odliczenia. To oznacza jakieś dwa razy więcej obowiązków.

Jeśli przyjąć, że dziecko przebywa w przedszkolu przez cały tydzień w pełnym zakresie czasu, oznacza to wzrost opłaty o niemal 200 procent!

A teraz wyliczenie konsekwencji tych światłych edukacyjnych rozwiązań, które zawdzięczamy rządowi Tuska, Platformie i w stolicy Hannie Gronkiewicz-Waltz (bo na jej wniosek RW wydała uchwałę).

Po pierwsze – mimo drastycznego podniesienia opłat, po raz pierwszy od dawna (pani dyrektor powiedziała, że taka sytuacja zdarza się jej pierwszy raz w całej karierze) miasto przeznacza na pomoce dydaktyczne dla przedszkoli 0 złotych. Pisemnie: zero. Nic. To oznacza, że składka na Radę Rodziców musi wzrosnąć, choć zależy to tylko od ich dobrej woli. Bez tego dzieci nie miałyby nawet nowych kredek czy kolorowanek. Już teraz zresztą mile widziane jest dostarczenie ryzy papieru albo plasteliny. Zaiste, dba nasza władza o młodych obywateli.

Po drugie – po podliczeniu wszystkich kosztów, przy założeniu maksymalnej obecności dziecka w przedszkolu, koszt miesięczny może sięgnąć nawet ponad 600 zł. Ponieważ prywatne przedszkola także dostają dofinansowanie, oznacza to, że różnica w cenie między jednym a drugim rodzajem placówki w niektórych przypadkach może wynosić już tylko niecałe 300 zł.

Po trzecie – nauczycielki, zamiast zajmować się dziećmi, znaczną część swojej uwagi będą poświęcać na wypełnianie co godzinę list obecności. Szczególnie zaś będą się skupiać na odnotowywaniu wejść i wyjść przed 8, kiedy jest czas na indywidualną pracę z dziećmi. Ten wyjątkowo absurdalny obowiązek wzbudził podczas zebrania szczególne oburzenie rodziców. Pani dyrektor powiedziała, że najlepszy byłby system kart zegarowych – mówiła serio, to nie żart – ale miasta na to podobno nie stać. Wątpliwe, czy miasto kiedykolwiek zechce się na to wykosztować – w końcu łatwiej dorzucić obowiązków nauczycielom – ale nawet gdyby, to zamiast nowych zabawek czy kredek dzieciaczki dostaną czytniki do kart. By żyło się lepiej.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie
NEWSY - TOP 5

O mnie

Jak się siedzi na barykadzie, to się najwięcej obrywa.
Na moim blogu ja decyduję, których komentujących nie chcę tu widzieć.
Site Meter

Ostatnie notki

Obserwowane blogi

Ostatnie komentarze

  • Pani Janino Polecam Pani mój tekst. Proszę sobie odpowiedzieć na te pytania:...
  • @Autor No, to jest doprawdy zabawne. Napisałem o nowej "F" dwa teksty. W każdym podałem wiele...
  • @VITUS Przyznam, że nie rozumiem Pana tłumaczenia. "Redaktor Warzecha wykłada nową wersję...

Tematy w dziale