Teczuszka Stańczyka
Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć.
508 obserwujących
722 notki
4116k odsłon
  18889   0

Na jakim marszu byłem

 Szedłem w Marszu Niepodległości, od początku do końca, razem z Rafałem Ziemkiewiczem i Jurkiem Jachowiczem. Jedna sprawa nie budzi najmniejszych moich wątpliwości: które środowisko nakręciło spiralę napięcia i oczekiwania na przemoc. Wystarczy prześledzić publikacje „Gazety Wyborczej” na temat marszu. Od tygodni w głowy czytelników wdrukowywano prostacki, zmanipulowany, ale zapewne w wielu przypadkach skuteczny sylogizm: w komitecie organizacyjnym jest m.in. ONR, ONR odwołuje się do idei endeckich, idee endeckie to Roman Dmowski, Dmowski był antysemitą ergo cały marsz to impreza antysemicka, a zatem faszystowska. A w takim razie każdy, kto bierze w niej udział, to faszysta, świadomy lub nie, a skoro tak, to w ramach antyfaszyzmu można wobec marszu podjąć wszelkie działania, z fizyczną agresją włącznie.

W takich prostackich sylogizmach, opartych na kłamstwie, manipulacji, przeinaczaniu i naginaniu faktów „Wyborcza” się specjalizuje. Dzięki temu udało się przed 11 listopada wytworzyć chorą atmosferę i poszczuć na siebie ludzi, którzy w innych okolicznościach mogliby zapewne iść razem w jednym pochodzie. A przynajmniej nie patrzeć na siebie wilkiem. Bo nie uważam bynajmniej, że wszyscy, którzy wybrali Kolorową Niepodległą, to fanatyczni lewacy. Wielu uległo po prostu manipulacji i propagandzie.

Druga kwestia to pytanie, po co było iść w marszu. Przyznaję, nie mam temperamentu demonstranta i niemal nigdy nie biorę udziału w takich wydarzeniach. Ale tym razem wziąć musiałem. O powodach napisał już Rafał Ziemkiewicz; moje były bardzo podobne. Moje uczestnictwo nie oznaczało poparcia dla wszystkich środowisk, jakie w marszu wzięły udział, a już na pewno nie dla tych, którzy się do marszu dokleili, żeby zrobić zadymę. Uznałem po prostu, że będąc tam, muszę okazać swoją niezgodę na hucpę lewicy, która próbuje zarządzać polską przestrzenią publiczną poprzez przyklejanie etykietek faszysty każdemu, kto się jej nie podoba.

To był także gest niezgody na brutalną taktykę lewicowej blokady. Szczególnie perfidne są wywody jej uczestników, że przecież oni tylko pokojowo siedzieli. To pokojowe siedzenie – w środku chroniącego ich kordonu policji – było gwałtem na jednej z podstawowych zasad demokracji: że każdy ma prawo do demonstrowania swoich poglądów. Lewactwo twierdzi oczywiście, że to prawo należy ograniczyć, gdy w grę wchodzą poglądy faszystowskie, a które są faszystowskie – o tym decyduje samo lewactwo. I kółko się zamyka. Jak dowodzi przypadek pobicia przez lewackich bandziorów na ulicy człowieka tylko za to, że niósł polską flagę – już samo to wystarczy, aby zostać „faszystą”. Według jednego z przepytywanych przez „Wyborczą” nauczycieli (tekst opublikowany przed 11 listopada) alarmowy dzwonek powinien się zapalić już wtedy, gdy ktoś mówi „Jestem dumny, że jestem Polakiem”. Kto by pomyślał – w Polsce jest w takim razie pewnie ze 20 milionów „faszystów”.

Charakterystyczne, że o ile nieukrywaną intencją środowisk lewicowych było uniemożliwienie przemarszu środowisk patriotycznych, o tyle nikt nie zamierzał atakować „Kolorowej Niepodległej”. I dlatego nie ma tu symetrii. „My” zgadzamy się, że każdy ma prawo demonstrować swoje poglądy, choć nie musi się nam to podobać, a same poglądy możemy ostro atakować. „Oni” uważają, że dla „nas” nie ma miejsca w publicznej przestrzeni i że mają prawo wymuszać tę nieobecność nawet łamiąc prawo.

Osobną kwestią jest przebieg wypadków. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym więcej znaków zapytania pojawia się wobec pracy policji i konsekwencji wydarzeń w postaci przedstawionego w błyskawicznym tempie projektu nowelizacji ustawy o zgromadzeniach.

Idąc chronologicznie: dlaczego policja, która po drodze kontrolowała autokary, wiozące ludzi na Marsz Niepodległości, nie zapobiegła przyjazdowi do stolicy niemieckich bandziorów? Tłumaczenia przedstawicieli policji, że „nie było podstaw do ich zatrzymania”, są śmieszne. Wiadomo, że Antifa to bandycka zbieranina, której jedynym celem jest nawalanka. Podstawy prawne dla zatrzymania jej członków są identyczne jak do zatrzymania jadących na mecz agresywnych chuliganów. Podobno sprawę monitorowała także ABW. Jeśli tak było, to na monitorowaniu się skończyło?

Po drugie – dlaczego policja i władze miasta przyjęły wobec bandziorów na gościnnych występach tak ustępliwą postawę, że z ich powodu zmieniono trasę przemarszu oddziałów rekonstrukcyjnych, pozbawiając wielu warszawian, czekających przy Nowym Świecie, możliwości obejrzenia pokazu? Czy naprawdę wystarczy kilkudziesięciu niemieckich zadymiarzy, żeby powstrzymać reprezentacyjne pododdziały Wojska Polskiego? Czy lokal Krytyki Politycznej, gdzie schronili się bandyci, ma immunitet, wskutek czego policja nie mogła do niego wejść i wyłapać agresywnych typów?

Lubię to! Skomentuj293 Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Komentarze

Inne tematy w dziale