455 obserwujących
693 notki
3920k odsłon
15379 odsłon

Marsz Niepodległości 2012

Wykop Skomentuj125

Plan władzy na 11 listopada udało się zrealizować w, powiedzmy 70 procentach. Niestety, starcia z policją się nie przeciągnęły ani nie rozszerzyły (z niechęcią przyznaje to nawet „Wyborcza”), nie spalono żadnego samochodu, nie zbito żadnej szyby sklepowej ani nawet nie napadnięto bufetu przy Żurawiej, który wcześniej zamknął się z powodu panicznego strachu przed najazdem złowrogich faszystów na stolicę. Policja także nie do końca stanęła na wysokości zadania: choć bardzo się starała, nie udało się jej wywołać zamieszek na większą skalę ani sprawić, żeby ludzie zaczęli się tratować.

Reszta scenariusza wypaliła. Pan prezydent po wydarzeniach zeszłego roku postanowił zgarnąć część dobrych obywatelskich emocji i przygotował własny marsz. Zaprzyjaźnione media cel miały wobec tego jasny: pokazać miłe, rodzinne, łagodne świętowanie w towarzystwie Bronisława Komorowskiego i zestawić je z agresywnym tłumem „faszystów”. Zadanie wykonały, niestety przy współudziale grupy zadymiarzy, którzy równie mocno przysłużyli się Marszowi Niepodległości co rok temu. No, może tylko frekwencyjnie pan prezydent nie wypadł imponująco: nadludzkim wysiłkiem „Wyborcza” pisze o kilkunastu tysiącach uczestników (chyba licząc gapiów na chodnikach), podczas gdy – dziwnym trafem – nie podaje nawet szacunkowej liczby uczestników Marszu Niepodległości. Cóż, trudno byłoby przyznać, że kilkakrotnie przewyższała liczbę ludzi u prezydenta.

Co widziałem sam i co wiem? Gdy my – z Rafałem Ziemkiewiczem i Piotrem Goćkiem – staliśmy jeszcze na rondzie Dmowskiego, na Marszałkowskiej zaczęła się ruchawka. Jej przebieg to bardzo interesująca kwestia. Organizatorzy marszu mieli swoją straż, która cały czas starała się dbać o porządek. Gdy grupa zadymiarzy zaczęła wybiegać do przodu, rzucać w policję racami, ruszyła na nią grupa słynnych już policjantów w cywilu, w kominiarkach.

Zatrzymajmy się w tym miejscu, bo ich obecność na marszu to ciekawy aspekt wydarzeń. Rzecznik Komendy Głównej Mariusz Sokołowski wyjaśniał, że policjanci ci mieli za zadanie wyłapywać w tłumie najagresywniejsze osoby. Po pierwsze – nie bardzo wiem, jak policja wyobrażała sobie wypełnianie takiego zadania. Musiała zakładać, że owi „najagresywniejsi” będą w tłumie, w grupie. Funkcjonariusze zamierzali wbić się w tę grupę? Może mają odpowiednie wyszkolenie, ale cudotwórcami raczej nie są. Po drugie – wysyłanie w tłum, a zwłaszcza w tłum agresywnych zadymiarzy, gości w cywilu, w kominiarkach i z teleskopowymi pałkami wydaje się doskonałą metodą na wywołanie agresji i sprowokowanie dalszych zajść. Nie bardzo rozumiem, dlaczego tego samego zadania nie mogli spełnić odpowiednio wyszkoleni, umundurowani funkcjonariusze prewencji. Po trzecie – działania tej grupy funkcjonariuszy budzą wątpliwości. Według naocznej relacji znajomej, na pierwszy odruch agresji wobec policji, właśnie funkcjonariusze w cywilu zareagowali, rzucając tym ludziom po nogi świece dymne. Nie jestem przekonany, czy to najlepsza metoda stłumienia agresji u ludzi, nastawionych do bitki.

Ruszyliśmy zatem za czołówką marszu w Marszałkowską, ale po powolnym przejściu kilkuset metrów pochód został zatrzymany. Na Marszałkowskiej zadymiarze walczyli z policją. Sytuacja przypominała tę sprzed roku, z dwoma różnicami: tym razem zamieszki były na przodzie marszu, a organizatorzy naprawdę starali się zapanować nad tłumem, ale nie mogli przecież – o czym chyba wielu zapomina – wejść wobec zadymiarzy w rolę policji. Była więc grupa kilkudziesięciu zadymiarzy, oddziały policji, a z tyłu kilkadziesiąt tysięcy spokojnych ludzi.

Co powinna była zrobić policja? Skoro miała na podorędziu owych rzekomych „wyłuskiwaczy”, powinna była zrobić z nich użytek: wyłuskać agresywnych bandziorów, ewentualnie oddzielić ich kordonem od reszty, zrobić z nimi porządek i puścić marsz dalej. Policja nie była jednak w stanie podołać temu dość rutynowemu zadaniu. Zamiast tego, postanowiła zlikwidować cały marsz. Najpierw rozległy się apele policji o powstrzymanie się od agresywnych działań, co brzmiało dość zabawnie w stojącym całkowicie spokojnie tłumie. Potem o odejście z rejonu działań policji zaapelowano do kobiet w ciąży, parlamentarzystów i przedstawicieli mediów. W tym czasie organizatorzy przez głośniki cały czas prosili o spokój i nieposuwanie się naprzód. Ludzie stali, z przodu trwały zamieszki. W poprzek ulicy, przed czołem pochodu, ustawił się szereg policjantów z długą bronią. Policja wezwała w końcu do rozejścia, co było skrajną nieodpowiedzialnością. Gęsty tłum, wciśnięty w Marszałkowską, mógł łatwo wpaść w panikę, gdyby policja zaatakowała czoło pochodu. Nieszczęście było o krok. Cudem ludzie nie zaczęli się jednak tratować, krok za krokiem, bardzo wolno, próbowali wrócić na rondo Dmowskiego. W tym czasie na czoło pochodu ruszyła już polewaczka.

Wykop Skomentuj125
Ciekawi nas Twoje zdanie! Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Więcej na ten temat

Salon24 news

Co o tym sądzisz?

Inne tematy w dziale