Wiem, za chwilę ktoś napisze, że oto Tusk pokazuje się od najgorszej strony, besztając Rokitę, a ja pisze o czym innym. Trudno – czuję się w obowiązku nieco wyklarować moje stanowisko z poprzedniego postu, który rozbudził duże emocje. Ale i wiele padło rozsądnych argumentów za i przeciw.
Zastanówmy się nad ogólną kwestią: jak ważne jest ujawnianie agentów czy też ogólniej „ludzi układu” w kontekście codziennej pomyślności obywateli naszego kraju, jego międzynarodowej pozycji, sytuacji gospodarczej itd.
Dla dalszego wywodu muszę wyjaśnić, jak widzę trop myślenia, a przede wszystkim oficjalnej linii Kaczorów. Otóż jednym z naczelnych punktów ich programu od dawna jest wytępienie „agentów”, „służb” itp. – vide choćby dzisiejsze deklaracje Jarosława na konwencji wyborczej w Nowym Sączu. Jakie jest uzasadnienie? Nie chodzi wyłącznie o sprawiedliwość, bo to by, rzecz jasna, nie uzasadniało aż tak centralnego położenia tego problemu w programie PiS. Nie chodzi też – przynajmniej oficjalnie – o prywatne obsesje szefów PiS, bo to nie byłoby już w ogóle żadnym uzasadnieniem.
Chodzi natomiast o iunctum, jakie Bracia widzą i o którym mówią pomiędzy owym agenturalnym układem różnych solorzoidalnych typów a sytuacją państwa, i to nie tylko tą w skali makro, ale i mikro. Ileż to razy słyszeliśmy choćby Jarosława, wywodzącego, że to (agenturalny) układ uniemożliwiał rozwój drobnej przedsiębiorczości, tworząc nieuczciwe preferencje dla swoich.
Pytanie zatem brzmi: czy to iunctum faktycznie istnieje? Czy ujawnienie, kto był agentem SB, kto pracował dla wojskowych służb już po 1989 r., kto był z nimi i jak powiązany, może mieć jakiś wpływ na codzienne życie w Polsce? Bo jeśli odpowiedź brzmi „NIE”, to skupienie tak wielkich sił propagandowych i organizacyjnych na tym punkcie należy uznać, niestety, za przejaw marnotrawienia sił i środków oraz świadectwo fiksacji Braci.
Zastanówmy się. Załóżmy np., że WSI wprowadziły do iluś rad nadzorczych państwowych firm swoich ludzi. Ci ludzie dbali o interesy samych służb, a może i, poprzez system zależności, obcych państw. Rzeczone firmy zostały np. sprzedane zagranicznemu kapitałowi – ale w pełni legalnie. Czy da się udowodnić, że stało się tak z naruszeniem naszego interesu, za sprawą owych wtyk WSI? Może. Raczej wątpię. Czy da się taką transakcję teraz unieważnić? Nie. Volenti non fit iniuria i co to kogo obchodzi, że my nie potrafiliśmy zapanować nad własnymi służbami. Czy ujawnienie takich faktów zmieni coś w sytuacji normalnych Polaków, którzy z usług takiej firmy korzystają? Czy coś zdrożeje lub potanieje? Absolutnie nie. Można będzie najwyżej wyciągnąć wnioski na przyszłość. A jedynym logicznym wnioskiem będzie, żeby jak najmniej firm pozostawało w rękach państwa.
Inny wariant, solorzopodobny. Załóżmy, że obecny właściciel wielkiego koncernu medialnego był agentem przed 1989 r. i układ, jaki przetrwał, ułatwił mu założenie owego koncernu. Ale wszystko znowu było zgodnie z prawem. Czy można udowodnić, że udział właściciela takiego koncernu w agenturalnym układzie miał wpływ na konkretne programy, np. na wyprodukowanie i wyemitowanie tego lub innego reportażu? Jestem pewien, że nie. Może miało to wpływ na dobór ludzi o takich, a nie innych poglądach, na ogólny kształt ramówki, na atmosferę stacji. I co z tego? Czy stacja zostanie wobec tego teraz zamknięta? Nie. Czy jeśli koncesja została przyznana zgodnie z prawem, zostanie odebrana, bo właściciel stacji był kiedyś kapusiem? Oczywiście nie. Publika zyska wiedzę, że właściciel stacji miał takie i takie powiązania. Czy dla niej to coś zmieni? Dla 90 proc. zapewne nie. A pozostali powiedzą sobie: „Już nigdy nie przełączę się na Multisat”. I może nawet wytrwają w tym postanowieniu przez jakiś tydzień.
Czy da się wykazać, że umocowanie właściciela koncernu miało pośrednio przełożenie np. na to, jak widzowie głosowali w wyborach? Udowodnić – na pewno nie. A nawet jeśli taką hipotezę można by wysnuć, to co to zmienia? Wybory zostaną unieważnione? Wolne żarty.
Załóżmy, że poznajemy w końcu jakieś nazwiska dziennikarzy, powiązanych ze służbami. Mogli być manipulowani, mogli pracować jak klasyczni agenci wpływu. Mogli nawet pisać teksty na zlecenie. Co ta wiedza zmieni dla przeciętnego odbiorcy dzisiaj? Nic.
Słyszymy, że ludzie WSI obsadzali kluczowe miejsca w gospodarce. Załóżmy, że poznajemy te nazwiska, chociaż część. Że ten był w radzie nadzorczej banku, ten w zarządzie jakiegoś funduszu, inny w ministerstwie chętnie udzielał potrzebnych koncesji. Prawdopodobnie dawno już ich tam nie ma, zostali sczyszczeni. Czy ich ujawnienie ułatwi Kowalskiemu np. uzyskanie koncesji na przewozy osobowe małym busem w Koszalinie? Bynajmniej. Natomiast bardzo by mu ułatwiło życie, gdyby rząd był uprzemy wyprodukować przepisy, nie dające urzędasowi uznaniowego prawa odmowy takiej koncesji, a co za tym idzie – możliwości żądania łapówki. Nie ma to jednak żadnego związku z raportem o WSI, który wyprodukował Macierewicz.
Rzecz w tym, że codzienne życie Polaków nie zależy w najmniejszym stopniu od wiedzy o agenturalnej przeszłości Solorza i innych. Bracia lansują prosty mechanizm: ujawnimy agentów, zniszczymy służby i układ i to będzie zasadnicza część rozwiązania naszych problemów. Otóż nie będzie.
Ja od rządu oczekuję głównie tego, że będzie tworzył mechanizmy i instytucje, które w przyszłości, niezależnie od rządzącego układu, będą sprawne, przejrzyste i niepodatne na korupcję. To jednak wymaga większego wysiłku niż wygrzebanie papierów z archiwum. Dobry rząd powinien robić jedno i drugie, z priorytetem tego pierwszego. Jeśli skupia się na tym drugim i jeszcze twierdzi, że to lek na całe zło – nie jest to dobry rząd.
Klika w mediach i biznesie, służąca wspólnemu, niejasnemu interesowi może być niebezpieczna i dobrze, że została w dużej mierze rozbita. Ale to się powinno stać w tle implementowania nowych systemowych rozwiązań, bo samo w sobie nie jest żadnym celem. Może być najwyżej środkiem do celu. Całkiem zaś bez realnego wpływu na rzeczywistość jest wiedza o tym, kto kiedyś miał pseudonim „Zegarek”, a kto „Żwirek i Muchomorek”. Co nie znaczy, że ta wiedza nam się nie należy. Przeciwnie: mamy do niej prawo. Tylko nie ulegajmy złudzeniu, że ona sama w sobie cokolwiek rozwiąże.
Dzięki wiedzy o agenturalnej przeszłości tego czy owego nie obniżą się podatki, nie naprawią drogi, nie rozwiną drobne firmy, nie spadnie przestępczość. Ba, to się nie stanie nawet dzięki usunięciu ludzi obecnie powiązanych z układem służb. Czy w radzie nadzorczej firmy Polpikuś S.A. będzie 10 agentów dawnych WSI czy żadnego, od tego koszty pracy nie zmaleją. Czy w tygodniku „Paralityka” było 10 agentów WSI czy żadnego, od tego działanie sądów nie ulegnie 5-krotnemu przyspieszeniu. Czy śledzenie PC zlecił Wałęsa czy nie, od tego polscy podatnicy nie zapłacą niższych podatków ani przedsiębiorcy nie zyskają możliwości rejestracji firmy w jednym okienku. Czy gen. Dukaczewski zadaniował osobiście Milana Suboticia czy nie, od tego nie powstanie profesjonalna służba dyplomatyczna.
Mój wniosek jest zatem taki, że wmawianie ludziom przez Braci, iż istnieje jakiekolwiek iunctum między ujawnianiem agentury i niszczeniem służb a ich codzienną sytuacją jest fałszem.
Powtarzam przy tym raz jeszcze: prawda jest bardzo ważna i mamy do niej prawo. Natomiast tak samo mamy prawo do niskich i mało uciążliwych podatków, do sprawnych sądów, do odpowiedzialności finansowej urzędasów za ich decyzje i do tysięcy innych rzeczy, które leżą w gestii państwa i naprawdę nie zależą od tego, czy Solorz był agentem czy nie.


Komentarze
Pokaż komentarze (17)