Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
59
BLOG

Marzenia ściętej głowy

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 14

Przewija się przez medialne informacje i komentarze koncepcja następująca: Kazimierz Marcinkiewicz i Ja Rokita występują ze swoich ugrupowań i zakładają razem nową partię. Ten pomysł można zaliczyć spokojnie do kategorii political fiction. Szkoda.

Dlaczego się tak nie stanie? Po pierwsze - bo ani jeden, ani drugi nie pociągnąłby za sobą znaczących ludzi z żadnego z ugrupowań. Po drugie - bo nie da się zrobić partii bez pieniędzy, a system finansowania ugrupowań politycznych w Polsce jest tak skonstruowany, że potężnie premiuje graczy już będących w akcji i niemal zamyka drogę nowym. Żeby dostać pieniądze, partia M&R musiałaby zdobyć dobry wynik w wyborach, a żeby zdobyć dobry wynik w wyborach, musiałaby dostać pieniądze. Lub przynajmniej potężny kredyt, a kredytu nikt by jej raczej nie dał. Być może także ze względu na polityczne sympatie lub afiliacje bankowych decydentów.

Dlaczego to przykre? Obaj panowie mają wiele wad (chimeryczność Rokity jest legendarna, a Marcinkiewicz chwilami zbytnio się przejmuje formą, a za mało treścią swojego wizerunku), ale w polskiej polityce i tak są ewenementem. Jan Rokita jest chyba pierwszy człowiekiem, który konsekwentnie, przez długi czas przygotowywał się do roli premiera. Stworzył robocze zespoły, zebrał rozsądnych doradców, wiedział, co chce robić. Platformowa „Biała księga" (kto ją jeszcze pamięta?) to było właściwie jego autorskie dzieło. Przeglądałem ją dość dokładnie: to była bardzo rozsądna wizja Polski umiarkowanie konserwatywnej i gospodarczo liberalnej. Przypuszczam, że mogliby się pod nią podpisać spokojnie wyborcy jednej i drugiej partii. Ale cóż, Polacy nie chcieli premiera z Krakowa.

Marcinkiewicz z kolei nie ma w sobie nic z PiS-owskiego zacietrzewienia, jest zdystansowany wobec idées fixes Braci (służby, wrogie media, wszechobecne spiski), potrafi się dogadywać, umie się przyznać do błędów oraz - co osobiście uważam za szczególnie ważną i wyjątkowo rzadką zaletę w polskiej polityce - ma dystans do rzeczywistości i do siebie samego.

Ten duet mógłby - podkreślam tryb warunkowy, bo zbyt długo się przyglądam polityce, żeby być tu czegokolwiek pewnym - stworzyć organizację opartą na rozsądnym, konserwatywnym pragmatyzmie z zasadami (tak, to nie oksymoron).

Bo czy problemem są dzisiaj idee czy może osobowości? Coraz bardziej wydaje mi się, że to drugie - choć oczywiście nie wyłącznie. W poniedziałek wieczorem robiłem wywiad z premierem (skrót powinien się dzisiaj pojawić na Dziennik.pl, pełna wersja jutro w „Fakcie"). Na wszelkie pytania odpowiedź była w zasadzie jedna: Platforma i media, media i Platforma. Owszem, możemy z Platformą rozmawiać, jeśli przyjdą i powiedzą, jak bardzo się mylili. No, jeśli to jest refleksja powyborcza...

Po tamtej stronie z kolei - prędzej pakt z diabłem niż w jakiejkolwiek formie z PiS-em.

To jest wrogość sztucznie w dużej mierze nakręcana przez ostatnich kilkanaście miesięcy, ale już nie do przeskoczenia. W gruncie rzeczy śmieszna, a nawet chwilami dziecinna, stała się samoistnym faktem. Ci faceci się po prostu nie dogadają i koniec. Niestety, to oni mają dla siebie cały plac zabaw.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj14 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (14)

Inne tematy w dziale Polityka