Gdy kilka dni temu Redaktorka pytała o naszą ocenę polityki zagranicznej w wykonaniu Anny Fotygi, uznałem, że nie warto marnować miejsca na pisanie o naszej pseudominister pseudospraw pseudozagranicznych. Ale przeczytałem wywiad z nią w „Rzeczpospolitej" i to mnie zainspirowało. Na marginesie warto odnotować, że pani pseudominister od jakiegoś czasu nawet się miejscami wypowiada dla prasy, co przez pierwsze kilka miesięcy jej urzędowania w ogóle się nie zdarzało.
Teraz zatem Anna Fotyga mówi, ale jakby cokolwiek nie na temat, a Anna Słojewska z „Rz" wydaje się tego kompletnie nie zauważać. Pada np. pytanie o wstrzymanie wyjazdów wiceministrów, na co pani pseudominister rzecze, iż sprawy rosyjskiego embarga i naszego weta wobec mandatu negocjacyjnego na nową umowę UE z Rosją nie powinni negocjować jej zastępcy. Może i ma rację, ale, jeśli mnie pamięć nie myli, „Gazeta Wyborcza" pisała o jakichś innych działaniach wiceministrów, zablokowanych bez wyjaśnienia. M.in. o wyjeździe do Korei Północnej i Chin wiceministra Witolda Waszczykowskiego, zresztą świetnego i kompetentnego dyplomaty, 10 razy lepiej nadającego się na stanowisko ministra niż pani Fotyga.
Następne pytanie - m.in. o brak od kilku miesięcy ambasadora przy UE. W absolutnie kluczowym miejscu, bo to ambasador na co dzień reprezentuje kraj na tzw. COREPER-ze, czyli w komitecie stałych przedstawicieli. Na co pani pseudominister powiada: „Na temat ambasadora nie będę się wypowiadać". A, to wielka szkoda, bo bezpośrednio za politykę zagraniczną, a więc i służbę dyplomatyczną odpowiada nie pan Heniek z warsztatu samochodowego na Pradze, ale właśnie Anna Fotyga (niestety), więc opinia publiczna ma chyba prawo wiedzieć, czemu przez tyle czasu (bodaj ponad pół roku) Polska nie ma przy UE swojego ambasadora.
Pani pseudominister w ogóle lubi być bardzo tajemnicza. Co chwila odwołuje jakieś spotkanie, konferencję prasową (jak ostatnio w Brukseli), udział w panelu - najchętniej w ostatniej chwili i najchętniej bez słowa wyjaśnienia. Gdyby ktoś miał złą wolę, mógłby to uznać za zwykłe chamstwo. Ale przy odrobinie dobrej woli można powiedzieć, że mamy po prostu do czynienia ze skrajną nieporadnością i niebotyczną niekompetencją, okraszonymi ultrapodejrzliwością wobec wszystkich i wszystkiego.
(Tu słowa podziwu dla wiceministrów Kowala i Waszczykowskiego, ludzi rozsądnych, kompetentnych i obytych - za bycie w stosunkach służbowych z Anną Fotygą powinni dostawać jakiś dodatek za szkodliwe warunki pracy.)
Nieszczęście polega na tym, że MSZ potrzebował na gwałt przewietrzenia. Przez całe lata stanowiska w dyplomacji obsadzali starzy urzędnicy, odziedziczeni po Peerelu, często nawet nie znający języków poza rosyjskim, za to świetni w grach gabinetowych i oszczędzaniu na dietach. Polityka zagraniczna w wykonaniu wielu spośród byłych ministrów była oparta na dogmatycznej wręcz obawie przed obroną naszego interesu i na bajdurzeniach o „wspólnym interesie europejskim" jako jakimś abstrakcyjnym, idealnym bycie.
Fotyga zawaliła całą sprawę. Wymiotła część starych, ale tak bez sensu i chaotycznie, że przy okazji sprzątnęła pewną grupę ludzi kompetentnych. Nie zainstalowała oczywiście nikogo sensownego na te miejsca, bo jak każda osoba, ogarnięta obsesją spisku, woli o wszystkim decydować sama. Stąd paraliż urzędu, bo na wszelki wypadek lepiej nie decydować w ogóle (filozofia Lecha Kaczyńskiego). Anna Fotyga prawdopodobnie na lata skompromitowała ideę sensownego odświeżenia i korekty kursu w polityce zagranicznej, bo zamiast rozsądnego manewru, bez pokrzykiwań i teatru, za to skutecznego, dostaliśmy jakąś, bo ja wiem, groteskę.
Nadzieje na rychłe odwołanie Fotygi też znikają. Jarosław Kaczyński, który z początku miał przebłysk trzeźwej oceny pani pseudominister, dziś wydaje się zafascynowany jej rzekomą skutecznością i rozpływa się w komplementach. To zaślepienie nie wystawia mu, niestety, dobrego świadectwa.
Każdy, kto jako tako zna się na polityce zagranicznej i jest przyzwyczajony do pewnego standardu szefów MSZ (który w najwyższej próbie reprezentowali np. Władysław Bartoszewski czy Adam Daniel Rotfeld), niezależnie od sympatii politycznych, na sam widok Anny Fotygi zgrzyta zębami. Jej trwanie na stanowisku szefowej resortu spraw zagranicznych (podczas gdy powinna być w najlepszym wypadku własną sekretarką) jest wprost niepojętym dziwem natury.
I dlatego najbardziej wkurzył mnie Bronisław Komorowski. Swoimi apelami o odwołanie Fotygi spowodował bowiem, że stała się ona praktycznie nieodwoływalna, przynajmniej na dobrych kilka miesięcy. I to jest bez wątpienia dowód, że poseł Komorowski działa przeciwko polskiej racji stanu.


Komentarze
Pokaż komentarze (25)