W zalewie burdelowo-rozporkowych historii niezauważona przeszła wiadomość, że tytuł człowieka roku „Wprost" dostał Zbigniew Ziobro. „Wprost" czasem nie próbował nawet udawać, że jego nagroda ma znaczenie czysto koniunkturalne - np. gdy dwukrotnie dostał ją Leszek Miller. Był to po prostu szczyt lizusostwa.
Ale tym razem nagroda się słusznie należy. Chyba podobnego zdania byliby nawet ludzie sceptycznie nastawieni wobec obecnej władzy, w każdym razie ci, których stać na odejście od dogmatycznego spojrzenia. Gdy Onet zorganizował bodaj dwa dni temu głosowanie na najgorzej pracującego ministra w rządzie Kaczyńskiego, wygrała moja ulubiona Anna Fotyga (patrz tutaj), a Ziobro dostał najmniej głosów - poniżej 1 procenta. A przecież internauci to specyficzna publiczność, stawiałbym, że z zasady raczej klimatom kaczym nieprzychylna.
Od razu mówię, że nie jestem w sprawie Ziobry do końca zdystansowany. Znam go chyba od siedmiu czy ośmiu lat, zanim jeszcze w ogóle wszedł w politykę. W nieistniejącym już „Życiu" promowaliśmy go jako szefa Stowarzyszenia Katon, podważającego niepodważalne, wydawałoby się, dogmaty, głoszone przez prawniczą klikę. Postawiliśmy wtedy na właściwego człowieka.
Lech Kaczyński jako minister sprawiedliwości wskazywał dobry kierunek, ale, jak to Lech Kaczyński, nie potrafił, a może i nie mógł, wprowadzić zmian systemowych. Gubił się w setkach drobnych spraw, w pojedynczych przypadkach, ale kiedy odszedł, wszystko było znowu po staremu, czyli jak to w prawniczej kaście: rąsia rąsię myje.
Ostatni minister sprawiedliwości za Belki, Andrzej Kalwas, był wręcz przerysowanym przykładem tej patologii. Jego kretyńskie argumenty przeciwko otwarciu korporacji prawniczych były tak grubymi nićmi szyte, że trudno było nawet mieć wątpliwości, że chodzi o ochronę portfela własnego i kolesi (Kalwas jest radcą prawnym).
A potem przyszedł Ziobro i całe środowisko nadętych prawniczych purchaw - od wspomnianego Kalwasa po Andrzej Zolla - zawyło ze zgrozy. I słusznie, bo dla Ziobry na szczęście nie było świętości. On po prostu miał konkretny plan (w przeciwieństwie do większości członków rządu oraz Lecha Kaczyńskiego) i bardzo chciał go zrealizować.
Pamiętam to oburzenie wspomnianego środowiska (skrupulatnie odnotowywane przez „GW"), gdy Ziobro zmienił całkowicie skład Komisji Kodyfikacyjnej. Jego krytycy widocznie wychodzili z założenia, że komisja owa powinna być złożona z ludzi, prezentujących diametralnie inny punkt widzenia niż minister, rząd i parlamentarna większość. A przypominam, że wiele pomysłów Ziobry znajdowało poparcie (czasem tylko nieoficjalne) również w Platformie. Postulat otwarcia prawniczych korporacji był wspólny dla obu partii - PiS i PO.
Ziobro ma jedną genialną cechę: jest niemożliwie konsekwentny w realizacji swoich planów i kompletnie się nie przejmuje poszczekiwaniem rozmaitych piesków, chcących wstrzymać karawanę. Owe nadęte autorytety perorują zawzięcie, że tak nie można, że podwyższanie kar jest niehumanitarne, że podporządkowanie wszystkich profesji prawniczych jednemu sądowi dyscyplinarnemu to zamach na ich niezawisłość, że otwarcie korporacji doprowadzi do spadku poziomu usług - i tym podobne głupoty, a Ziobro po prostu robi swoje.
Nie ukrywam, że bezsilna złość rozmaitych zollopodobnych postaci dostarcza mi mnóstwo satysfakcji. Z czasem zrozumiałem także, że dialog z niektórymi środowiskami - np. z Naczelną Radą Adwokacką, której szefem jest mecenas Rymar (ten, co plótł bzdury, że otwarcie korporacji zaszkodzi klientom) - mija się z celem. Trudno oczekiwać, że ktoś się zgodzi na kompromis, jeśli broni wielkiej kasy i zawodowej pozycji.
Jaskrawym tego przykładem jest prof. Zoll. Główny architekt liberalnego kodeksu karnego, który nawet na pytanie o godzinę odpowiada tak, jakby objawiał maluczkim sens istnienia, może się w dużej mierze stoczyć w niebyt, jeśli jego konstrukcja zostanie bardzo przebudowana albo wręcz wyburzona. Co już dawno jej się należy. Inaczej też opłaca się cykl wykładów autora obowiązującego kodeksu karnego, a inaczej autora byłego kk.
Wśród prawników są generalnie dwie grupy. Pierwsza to zolloidy: przekonani, że posiedli jakąś ezoteryczną prawdę objawioną, której ciemny lud nie pojmuje; że są wybraną kastą kapłanów prawa i tylko oni powinni mieć prawo decydować, kto jeszcze może do niej przystąpić oraz jaki kształt to prawo przybiera. Na wspomnienie, że poza literą prawa jest jeszcze sprawiedliwość, taka zwyczajna, z obrzydzeniem syczą, że to prostacka żądza zemsty. I jest druga grupa, jeszcze przyciśnięta, ale coraz liczniejsza, głównie złożona z młodych, którzy chcą normalnej konkurencji i dość mają wymądrzania się nadętych profesorów, którzy na sali sądowej byli ostatnio 25 lat temu. Ta druga grupa stawia na Ziobrę.
Ja też stawiam na Ziobrę, chociaż nie wszystko mi się w nim podoba. Ze względu na swoje usytuowanie w rządzie nie był w stanie uchronić się przed udziałem w pewnych dość wątpliwych politycznych spektaklach. Mam też wrażenie, że niepotrzebnie spala się medialnie. Bywa, że jest go za dużo. Ale ogólnie bilans jest zdecydowanie na plus.
Gdybym miał szukać w tym rządzie jasnych punktów, to na pewno byłby jeden z nich. Kolegom z „Wprost" mogę tym razem z czystym sumieniem powiedzieć: dobry wybór.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)