No to już wiemy: to nie Łyżwiński zrobił dziecko Anecie Krawczyk. Kto zrobił, nie bardzo wiadomo, bo wszystko wskazuje na to, że pani Aneta nie przywiązywała specjalnej wagi do stałości, wierności i innych staroświeckich przymiotów. Teraz złoży pozew o ustalenie ojcostwa Leppera, a kiedy i to nie wypali, może powinna od razu pozwać zbiorowo wszystkich sąsiadów z kamienicy.
Z całej tej dętej historii najbardziej podoba mi się łzawa historia, jak to asystent Łyżwińskiego wstrzykiwał jej środek poronny. A ona, biedna, najwyraźniej tak była psychicznie zniewolona, że posłusznie podawała mu rękę do zastrzyku.
Historia Anety K. (podobnie zresztą jak opowieści Anny Rutkowskiej) nie muszą być w gruncie rzeczy kłamstwem. Tyle że kontekst był nieco inny. Wśród moich znajomych, głównie kobiet, komentarze są dość jednoznaczne: żeby dawać d... za pracę, trzeba mieć naturę k... i tyle.
Czy „Wyborcza", publikując swój wstrząsający materiał, tego nie wiedziała? Przecież jej redaktorzy nie są idiotami i musieli widzieć, z kim mają do czynienia. Nie byli w stanie dotrzeć do zdjęć, pokazujących, jak kilka miesięcy wcześniej szczęśliwa Anetka je z ręki Lepperowi podczas jego wyjazdów w teren? Nie zastanowiło ich, dlaczego zdecydowała się mówić po ponad dwóch latach, akurat gdy nie weszła do sejmiku? A może ją ktoś do tego zachęcił?
Odpowiedzi są dwie. Albo owi redaktorzy jednak są idiotami. Albo świadomie skonstruowali materiał oparty na wątlutkich podstawach, byle przywalić w koalicję. Stawiam raczej na to drugie i o to mam do „GW" gigantyczne pretensje.
Bo jaki będzie skutek? Ano taki, że z całej sprawy Lepper i jego kompanija wychodzą obronną ręką, wszelkie autentyczne zarzuty podobnego typu w przyszłości stają się automatycznie niewiarygodne, koalicja zostaje scementowana, a wyjątkowo paskudny typ, jakim jest poseł Łyżwiński, nie tylko zostaje w Sejmie, ale jeszcze będzie chodził w glorii męczennika.
Gdybym miał szukać naprawdę makiawelicznego wyjaśnienia całej sprawy, powiedziałbym, że publikację „GW" zainspirowali umieszczeni w niej agenci wpływu Samoobrony lub PiS. Ostatni taki strzał w stopę „GW" zaliczyła, demaskując rzekomą aferę z klimatyzacją w Komendzie Głównej Policji, bodaj dwa lata temu.
Czy to zmienia w czymkolwiek ocenę Samoobrony i jej udziału w rządzie? Z mojej strony - nie. Co więcej, jestem przekonany, że mechanizm zdobywania pozycji w tej partii, jaki opisywała Aneta K., jest faktem. Tyle że nikt tam nikogo do niczego nie zmuszał. Samo to oczywiście powinno sprawiać, że Samoobrony w rządzie być nie powinno. Ale Kaczyński przecież od początku świetnie wiedział, kogo sobie bierze na partnera.
Teraz „GW" dała mu do ręki kolejny argument na rzecz tezy, że media to jeden wielki spisek i że na przyszłość na podobne informacje po prostu nie warto zwracać uwagi.
Kolegom z „Wyborczej" serdecznie gratuluję. Dobra robota!


Komentarze
Pokaż komentarze (30)