Umarł Augusto Pinochet. Wiem, że po tym, co za chwilę napiszę, odwiedzający Salon24 lewicowcy zjedzą mnie żywcem, ale trudno. Dla nich Pinochet jest synonimem faszystowskiego zbrodniarza, którego wyższość nad Franco polegała na tym, że jeszcze żył, więc można było mieć nadzieję, że jakiś kolejny Baltazar Garzon dokopie generałowi za życia.
Dla mnie Pinochet jest najbardziej wyrazistym przykładem dylematów, jakie stwarza racja stanu i wybór mniejszego zła. Nie jest postacią świetlaną, ale jedno jest dla mnie jasne: uratował swój kraj przed komunistycznym bagnem, które mu niewątpliwie groziło.
Jakim kosztem? Bawiąc się w czystą buchalterię, każdy, kto ma pojęcie o liczbie ofiar jakiegokolwiek reżimu komunistycznego i liczbie ofiar dyktatury Pinocheta wie, że koszt był niski. Reżim Pol-Pota pochłaniał pewnie w ciągu tygodnia tyle ofiar, co dyktatura Pinocheta w czasie całego jej trwania. Ale oczywiście nie bez racji można powiedzieć, że nawet jedna ofiara to za wiele. Tylko że sytuację trzeba widzieć w kontekście. Jeśli zrezygnować z sentymentalnego bełkotu a la Amnesty International, to staną przed nami twarde fakty: zagrożenie sowiecką infiltracją, realne zagrożenie komunistyczną dyktaturą, lewaccy fanatycy, terroryzujący ludność. Czy można było się z tym wszystkim uporać bardziej w rękawiczkach? Pewnie tak. I gdyby tak się stało, dziś łatwiej byłoby bronić generała. Ale gdybym był Chilijczykiem, byłby mimo to Pinochetowi wdzięczny, bo bilans jednak wychodzi na plus. Ludzie ginęli, ale były to w gruncie rzeczy warunki wojny domowej.
No i jest jedna gigantyczna okoliczność łagodząca: Pinochet oddał władzę po referendum, zgodnie z wolą narodu, bez walki.
Bywa, że Pinocheta porównywało się do Jaruzelskiego. Bzdura. Raz, że wolnorynkowa dyktatura Pinocheta nie może być porównywana z komuną. System komunistyczny był po prostu zbrodniczy. Jego polska odnoga była częścią rozciągniętego na dwa kontynenty aparatu zniewolenia. Dyktatura Pinocheta była lokalna, miała wsparcie dużej części, jeśli nie większości społeczeństwa i była bez porównania mniej krwawa. Choć, niestety, nie bezkrwawa.
Jaruzelski nie wybierał mniejszego zła. To już wiadomo: Sowieci nie tylko nie mieli zamiaru wejść, ale wręcz naciskali, żeby sobie polscy towarzysze poradzili sami z kontrrewolucją. Jaruzelski wybierał kurczowe trzymanie się władzy. Pinochet osiem lat wcześniej był w bez porównania bardziej podbramkowej sytuacji. To był rok 1973, a jeszcze w 1979 Sowieci wpakowali się do Afganistanu. Jaruzelski łamał kraj i ludzi; Pinochet ratował to, co jeszcze stało po okresie rządów ultralewicowego Allende, pozwalającego tłamsić kraj grupom lewackich terrorystów.
Są sprawy, które na pewno powinny zostać wyjaśnione. Takie jak choćby kwestia zagranicznych kont rodziny Pinocheta. Daleki jestem od tego, żeby generała całkowicie usprawiedliwiać i wybielać. Tak, Pinochet niewątpliwie miał krew na rękach i jestem pewien, że to obciążało jego sumienie do ostatnich chwil życia. Ale jako zwolennik twardego realizmu widzę sprawę jasno: Chilijczycy mieli dzięki niemu 17 lat porządku, wolnego rynku i spokoju zamiast Bóg wie ilu lat komunistycznego raju, takiego, jaki Kubańczykom funduje Fidel. Albo i gorszego. Dlatego generała gloryfikować nie należy, natomiast należy przyznać mu odpowiednie miejsce w historii.


Komentarze
Pokaż komentarze (37)