W wywiadzie dla RMF Dariusz Rosati powiedział, że dziwi go, iż prezydent Kaczyński chwalił się, że kandydaturę prof. Sulmickiego na szefa NBP przedstawił bez konsultacji z jakimkolwiek środowiskiem. Dokładnie prezydent powiedział tak: Nie znalazłem osoby, która lepiej odpowiadałaby wszystkim kryteriom, a jednocześnie nie byłaby suflowana bezpośrednio, czy przy użyciu czasem śmiesznych podstępów, przez różnego rodzaju grupy nacisku. To kandydat spoza tego grona osób, za którym stały różnego rodzaju lobby.
A mnie się przypomniało kameralne spotkanie sprzed dobrych paru miesięcy z pewnym prominentnym posłem PiS, zresztą człowiekiem bardzo inteligentnym i rozsądnym, pod tymi względami wyraźnie przebijającym średnią partii rządzącej. Mowa była m.in. o wówczas jeszcze wciąż tylko kandydaturze Anny Streżyńskiej na szefa Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Poseł był tej kandydaturze przeciwny, a jego argumentacja była z grubsza taka: skoro różne grupy, eksperci, a także sami operatorzy komórkowi, tak bardzo zachwalają Annę Streżyńską jako osobę kompetentną, z którą chcieliby współpracować, to właśnie najlepszy powód, żeby ona prezesem UKE nie została, bo na pewno coś się za tym kryje. Do dziś nie wiem, czy poseł mówił to, bo tak naprawdę myśli, czy dlatego, że taka jest linia partyjna.
Argumentacja nie jest bez sensu: można założyć, że grupy interesu będą forsować na ważne z ich punktu widzenia stanowiska ludzi, z którymi najłatwiej się im będzie dogadać, być może wbrew publicznemu interesowi. Można też jednak założyć, że mając ograniczony do paru kandydatur wybór, będą promować przynajmniej ludzi kompetentnych, bo znacznie łatwiej nawet spierać się z kompetentną Streżyńską niż z jakimś stricte partyjnym nominatem, nie mającym pojęcia o dziedzinie, jaką się ma zajmować.
Streżyńska jednak prezesem UKE została i, na ile śledzę jej poczynania, nie głaszcze operatorów po główkach. Jest za to z pewnością osobą wybitnie kompetentną, więc przynajmniej relacje UKE z operatorami są jasne i klarowne.
W obu tych historiach - duma prezydenta z nieulegania grupom nacisku i stosunek posła PiS do nominacji Streżyńskiej - ujawnia się jeden z najbardziej brzemiennych w skutki psychologicznych problemów rządzącej partii. Otóż o ile ostrożność w takich sprawach jest ze wszech miar wskazana, to popadanie w przesadę grozi po prostu tym, że na rozmaite stanowiska powoływane będą jedynie dwie kategorie ludzi: karni partyjni funkcjonariusze albo osoby wzięte znikąd, tak niekompetentne, jak to tylko możliwe.
Problemem jest chorobliwa nieufność. Weźmy przykład prezesa NBP. Wśród argumentów, jakie wraz z rozmaitymi kandydaturami podsuwały prezydentowi różne grupy nacisku były przecież takie, które można łatwo zweryfikować, a które niosą sobą jakąś wartość i informację. Rozsądne podejście jest następujące: prezydent urządza szerokie konsultacje, zbiera opinie różnych środowisk, w tym niekoniecznie sobie przychylnych, zestawia rekomendacje i argumenty, jakie usłyszał, weryfikuje je, eliminuje wątpliwe i naciągane, porównuje z argumentami innych grup, sam zasięga informacji i wychodzi z całego tego procesu bogatszy o znaczącą porcję wiedzy, co prawdopodobnie pozwala mu wybrać możliwie niezależnego i kompetentnego kandydata.
A jak jest? Ktokolwiek zostanie przez kogokolwiek zarekomendowany, poza gronem najbardziej zaufanych partyjnych towarzyszy, od razu jest skreślony, bez wnikania w argumentację, dla samej zasady. Bo wszędzie kryje się spisek.
Inna sprawa, że aby argumentację i rekomendacje, płynące z różnych stron sprawnie weryfikować, prezydent musiałby dysponować profesjonalnym zespołem zaufanych doradców. A w tej dziedzinie... Ktokolwiek wie, jak pracuje Kancelaria Prezydenta, może tylko załamać ręce.
Dobrze przynajmniej, że załapała się Streżyńska.


Komentarze
Pokaż komentarze (13)