Kolejne opowieści z okolic MSZ i znowu włosy stają dęba na głowie. To, że pani pseudominister w wywiadzie dla Trójki pomyliła traktaty z Niemcami i traktat z roku 1991 wzięła za ten z roku 1990 to jeszcze nic. W końcu i tak dobrze, że przez pomyłkę nie wypowiedzieliśmy nikomu wojny. Ale to tylko czubek lodowej góry.
Pod spodem - ocean niekompetencji, Himalaje chorej podejrzliwości posuniętej do granic możliwości także pod względem prawnym (proszę mnie nie pytać, co to znaczy - sapienti sat) - nawet wobec własnych wiceministrów, z obecnego przecież powołania; paraliż decyzyjny, zawalnie istotnych spraw.
Nawet weto wobec unijno-rosyjskich negocjacji, zdaje się, nie wyglądało tak, jak się powszechnie sądzi. Podobno dobry kompromis przed szczytem w Helsinkach był o włos, tylko trzeba było rozmawiać z partnerami zanim zaczął się sam szczyt - to w dyplomacji normalne i wtedy następują najważniejsze ustalenia. Pani pseudominister nie chciała rozmawiać, wszystkim swoim współpracownikom założyła szlaban na wszelkie ewentualne kontakty w tej kwestii, a sama na wszelki wypadek wyjechała do Norwegii, żeby na nią broń Boże nikt nie wpłynął.
Skutek jest taki, że weto jest cały czas, zakaz importu mięsa jest cały czas, a partnerzy z Unii uratowali własny interes, bo szlabanu na ich mięso nie będzie. Zostaliśmy więc, dzięki genialnej polityce zagranicznej autorstwa pana prezydenta i jego protegowanej z wyrazami poparcia ze strony Komisji Europejskiej i z ręką w nocniku. A nasi producenci mięsa - z mięsem w chłodniach. Brawo.
Od innych opowieści, jakie do mnie docierają - i to bynajmniej nie od dawnych urzędników MSZ - włos się jeży. O zablokowaniu ważnych misji zagranicznych swoich zastępców pisała jakiś czas temu „GW". O braku ambasadorów w wielu kluczowych miejscach też wspominano - bo ci ze starego układu zostali odwołani, a nowych nie ma, bo wszyscy kandydaci są podejrzani. A odwołanie bardzo ważnego, cyklicznego spotkania wysokich przedstawicieli MSZ-ów pięciu najważniejszych państw Unii, które miało się odbyć w Polsce? I to w czasie, gdy ludzie byli już w drodze na lotniska - bo odwoływanie różnych rzeczy w ostatniej chwili to w ogóle znak firmowy pani pseudominister. Uzasadnienie? „Bo oni tu przyjeżdżają, żeby na nas wpływać"! Zaiste, fundamentalne odkrycie jak na ministra spraw zagranicznych. Kto by pomyślał, że dyplomacja to sztuka wpływania jednych na drugich. A ja myślałem, że to sztuka sprzedawania ogórków. Zresztą patrząc na panią pseudominister naprawdę można pomyśleć, że się weszło do warzywniaka.
Coraz mniej rozumiem, dlaczego zwłaszcza dwaj zastępcy Anny Fotygi - Paweł Kowal i Witold Waszczykowski - znoszą sytuacje, gdy muszą świecić oczami za nie swoje wygłupy.
Z tego, co się u nas dzieje, nic nie rozumieją profesjonaliści po drugiej stronie negocjacyjnych stołów. I tu kryje się pewna nadzieja. Jeden z moich znajomych znajduje tu analogię to całkowicie błędnych prognoz zachodnich sowietologów z lat 80., gdy przewidywali oni, że system komunistyczny może trwać jeszcze kilkadziesiąt lat. Mierzyli go po prostu własną, zachodnią miarą, nie będąc w stanie pojąć, że w samej istocie systemu tkwi brak logiki i paranoja, czyniące go niewydolnym.
Podobnie jest teraz: dyplomaci innych krajów coraz częściej podejrzewają z naszej strony jakąś sprytną, tajemniczą grę, doszukują się skomplikowanych strategii, zachodzą w głowę, jaki będzie nasz niespodziewany i skrzętnie skrywany następny ruch. Nie mieści im się w głowach, że prawda jest prosta i brutalna: żadnego następnego ruchu ani żadnej strategii nie ma. Jest po prostu pseudominister, sparaliżowana własnymi podejrzeniami wobec wszystkich i wszystkiego i prezydent, nie mający dziś obok siebie ani jednego doradcy ds. zagranicznych z prawdziwego zdarzenia. Oni myślą, że tu działa jakiś supernowoczesny komputer, a tymczasem w szafie siedzi spocony robol i kręci skrzypiącą wajchą.
Na razie polityka zagraniczna jakoś funkcjonuje - trochę dzięki inercji dyplomatycznej machinerii, trochę dzięki temu, co się mimo wszystko udaje robić wiceministrom, trochę dzięki temu, że częściowo rolę MSZ w pewnych sprawach przejmuje MON albo Kancelaria Premiera (ale tam też cieniutko). Boję się jednak, że wkrótce - najpewniej za niemieckiej prezydencji w UE - skumuluje się masa krytyczna porażającej niekompetencji pani pseudominister i w kluczowym momencie coś się potężnie rypnie, i to tak, że zbierać czego nie będzie


Komentarze
Pokaż komentarze (23)