Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
53
BLOG

Nie ma przesady. Ernest Skalski się myli

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 9

Ernest Skalski napisał, że czepianie się Marka Surmacza to, że posłał policjantów po hamburgery dla wiceminister pracy, to przesada. Zdecydowanie się z panem Ernestem nie zgadzam, a jego sposób myślenia uważam za bardzo niebezpieczny.

Ernest Skalski wtóruje samemu Surmaczowi, który do sprawy ma stosunek nonszalancki i bredzi coś o „odruchu serca" wobec biednej, zgłodniałej i zziębniętej pani wiceminister (tu trzeba jej oddać sprawiedliwość, że jednak jechała pociągiem, a nie np. leciała samolotem, co większość urzędników taniego PiS-owskiego państwa najbardziej lubi). Pisze p. Skalski, że sprawa nie kwalifikuje się na wszczęcie postępowania przez prokuraturę i że państwowe instytucje nie mogą się poddawać nastrojom.

Otóż byłoby to wszystko rozsądne, gdybyśmy żyli w kraju, gdzie powszechnie obowiązują i są przestrzegane najwyższe standardy w życiu publicznym, a tylko raz jednemu wiceministrowi wydarzyłby się taki lapsus. Niestety - żyjemy w kraju, gdzie standardem jest korzystanie ze swojej pozycji do załatwienia tysiąca prywatnych spraw. I tak, jak biednego nie stać na szastanie pieniędzmi, tak nas nie stać na to, żeby sobie nawet najdrobniejszą z takich spraw odpuszczać. Jeśli tylko jest szansa, że ktoś za to beknie, należy z niej skorzystać.

Gdy tak czytałem, jak p. Skalski nawołuje do rozsądku, przypomniałem sobie kilka anegdot. Np. tę, jak prasa brytyjska urządziła ze dwa lata temu nagonkę na jednego z ministrów za to, że służbowym samochodem podwoził dokądś znajomą. Nie nagminnie i nawet nie nadkładając drogi. Ale to nie było ważne. W Wielkiej Brytanii granica między tym, co prywatne lub partyjne, a co publiczne jest bardzo ściśle wyznaczona, tak, żeby nikt nie mógł się tłumaczyć jej mgławicowością. Służbowy samochód ministra jest opłacany przez podatników i ma nim jeździć w służbowych sprawach minister, a nie minister z prywatną znajomą. Koniec, kropka.

(Nawiasem mówiąc, proszę sobie wejść na stronę Government Cars & Despatch Agency, zajmującej się zapewnianiem brytyjskim oficjelom transportu, i sprawdzić, iloma samochodami dysponuje cały brytyjski rząd i którzy jego członkowie mają limuzyny do wyłącznej dyspozycji. Na tle Wielkiej Brytanii wypadamy pod tym względem jak przebogate mocarstwo.)

Przypomniałem sobie także, jaki skandal zrobił się wokół jednego z członków Izby Gmin, gdy wyszło na jaw, że jako numer faksu kancelarii prawniczej swojej żony podał numer w swoim biurze poselskim. A chodziło nawet nie wysyłanie, ale o przyjmowanie faksów. Ale to znowu nieważne: biuro poselskie jest finansowane dla celów publicznych przez brytyjskiego podatnika i granica między prywatnym interesem członka Izby Gmin a jego publiczną funkcją ma być ściśle strzeżona.

Proszę sobie przypomnieć znaną sprawę szwedzkiej minister, zmuszonej do rezygnacji, bo służbową kartą kredytową zapłaciła za pampersy dla dziecka. Albo słynną anegdotę o Polsce, której w Danii złodzieje ukradli „na wyrwę" torebkę. Polska odzyskała ją dzięki duńskiemu policjantowi, do którego następnego dnia przyszła z kwiatami. A policjant się obraził, bo wykonał po prostu swoją robotę i nie widział powodu dla jakichś materialnych dowodów wdzięczności, nawet w postaci kwiatów.

Powie ktoś: paranoja. Może i paranoja. Ale wolę taką paranoję niż polskie bagienko, gdzie każdy sobie coś załatwia na boku, a wiceminister posyła policjantów po hamburgery.

Rozmawiałem kiedyś z zaprzyjaźnionym ministrem - skądinąd przeze mnie cenionym - który krytykował moją gazetę za czepianie się innego ministra, który służbowym autem woził dzieci do szkoły. Minister tłumaczył mi, że przecież kraj od tego nie zbiednieje i nic się strasznego nie stanie. Może i tak. Tylko że o ile mogę mieć zaufanie do rozsądku Brytyjczyków, którzy zapewne potrafiliby go zastosować w takiej sprawie (a jak widać nawet oni ufają bardziej sztywnym regułom), o tyle nie mam za grosz zaufania do polskiej mentalności. Bo jeśli można służbowym autem odwieźć dzieci do szkoły, to czemu nie pojechać nim na zakupy? A skoro na zakupy, to może i do cioci na imieniny? A skoro na imieniny, to może i na wakacje? Itd., itd., powstaje spirala nadużyć, a każdemu się zdaje, że przecież nic takiego strasznego nie robi.

Brytyjczycy mają zresztą specjalne ciało, które się w takich razach wypowiada: Committee on Standards in Public Life. Jak to często bywa u Brytoli, komitet jest autentycznie ponadpartyjny, a jego rekomendacje i oceny, choć nikogo formalnie nie wiążą, cieszą się poważaniem i są przestrzegane przez wszystkich uczestników życia publicznego. Wyobrażają sobie Państwo coś takiego u nas?

Żeby przerwać spiralę nadużyć (od rzemyczka do koniczka, niestety), reguły - zwłaszcza w Polsce - powinny być sztywne, powszechnie znane i egzekwowane. Służbowy samochód jest tylko do przewożenia jego dysponenta i tylko w celach służbowych. Kropka. Policjant jest od pilnowania porządku, a nie realizowania „odruchów serca" pana wiceministra. Kropka.

Porażający jest dla mnie zwłaszcza ton, w jakim wypowiada się o sprawie Marek Surmacz. Jeśli faktycznie nie pojmuje, na czym polega jego przewinienie, to z całą pewnością nie jest właściwą osobą na właściwym miejscu.

Jedno można z całą pewnością powiedzieć: nie jest jedynym, który sobie tak poczyna ani w żadnym wypadku pierwszym. Przypuszczam zresztą, że poprzednicy obecnej władzy mieli w tej dziedzinie znacznie większe osiągnięcia i bywali znacznie bezczelniejsi. Tylko czy to jest jakieś usprawiedliwienie?

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj9 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (9)

Inne tematy w dziale Polityka