Saddama spotkał koniec podobny jak wielu innych zamordowanych dyktatorów. George Bush zachwycił się, że to początek zupełnie nowej ery i „kamień milowy na drodze do budowy irackiej demokracji". To oczywiście nieprawda, urzędowy optymizm amerykańskiego prezydenta. Proces Saddama i jego pośpieszna egzekucja mają z budowaniem demokracji tyle wspólnego, co ja z al Kaidą. Jeśli będzie to mieć jakikolwiek wpływ na stabilność sytuacji w Iraku, to raczej ujemny. Idę o zakład, że w ciągu najbliższych kilkudziesięciu godzin będziemy świadkami kolejnych krwawych zamachów i w następstwie wściekłości zwykłych Irakijczyków, skierowanej w stronę wojsk stabilizacyjnych (czy też okupacyjnych - w zależności od oceny sytuacji). To zresztą charakterystyczne, że za kolejne zamachy winieni nie są ich bezpośredni sprawcy, ale właśnie „wyzwoliciele".
Jeśli proces Saddama coś pokazał, to na pewno jedno: że Irakijczycy nie są w stanie zbudować kraju, funkcjonującego na zasadach takich, jakie wymarzyli sobie idealiści, którzy za czasów rozpoczęcia operacji w Iraku stanowili inspirację dla prezydenta Busha. Idee neokonserwatystów zostały ostatecznie skompromitowane. Gdyby dziś sięgnąć do wydanej kilka lat temu książki Davida Fruma „An End to Evil: How to Win the War on Terror", to pozostaje jedynie wrażenie groteski.
Uczciwsze od naciąganego procesu wydawałoby mi się już posłanie Saddamowi kulki w łeb zaraz po wyciągnięciu go z nory, w której się ukrywał. Powieszenie go za jakiś wycinek zbrodni, jakich był winny, bez naświetlenia innych jego wyczynów, po kilkakrotnych zmianach sędziego prowadzącego proces, po zamachach - w części udanych - na jego obrońców, w atmosferze ciągłego zagrożenia, przy wybuchających co chwila na ulicach bombach oraz w sytuacji, gdy szkolona już przez „wyzwolicieli" iracka policja stosuje dokładnie te same metody, co siepacze dawnego reżimu - to farsa, a nie sprawiedliwość. Toutes proportions gardées, ale przypomina mi to kabaret, jakim stał się proces norymberski, ponieważ hitlerowskich zbrodniarzy sądzili tam zbrodniarze sowieccy.
I nie chodzi mi to, że żal mi Saddama albo że jestem przeciwnikiem kary śmierci. Nie żal mi go ani trochę, a karę śmierci popieram. Rzecz w tym, że przedstawianie tego procesu i egzekucji jako tryumfu sprawiedliwości jest tak samo groteskowe, jak przedstawianie irackiej operacji jako sukcesu.
Wspomniany przeze mnie jakiś czas temu opracowany niedawno raport Hamiltona-Bakera i prowadzonej przez nich Iraq Study Group nie daje precyzyjnych rekomendacji (daje ogólne), ale bez wątpienia stawia właściwą diagnozę sytuacji: jest bardzo źle, a wina leży po stronie administracji i fatalnego planowania. Co gorsza, nasi żołnierze mają w tym bagnie siedzieć aż do końca 2007 roku, choć nasze zobowiązania sojusznicze wypełniliśmy już w dwójnasób.
Dlatego egzekucja Saddama nie jest żadnym przełomem, a już na pewno nie rozwiązuje żadnego problemu. Przeciwnie - raczej go tworzy, bo Saddam zostanie teraz sunnickim męczennikiem, ikoną buntu przeciwko Amerykanom i wprowadzanym przez nich porządkom.
Zapyta ktoś - co w takim razie. Gdyby dzisiaj wziąć wszystkie plusy, jakie wynikły z ataku na Irak i wszystkie minusy, wszystkie zagrożenia, jakie on wywołał - moim zdaniem bilans wypada w najlepszym wypadku na zero. I systematycznie przesuwa się w stronę minusa.


Komentarze
Pokaż komentarze (10)