Edwin Bendyk, pisząc o Giertychowym pomyśle referendum, zastosował metodę najprostszą: wszystkie potencjalne referendalne pytania oraz pomysły ministra z nimi związane zdawkowo wykpił, na zasadzie „przecież wszyscy wiedzą, że Giertych to idiota, a do tego faszysta". Metoda podobna do zastosowanej przez redakcyjnego kolegę redaktora Bendyka, Krzysztofa Burnetkę, w tekście o ministrze Ziobro, o czym pisałem w moim poprzednim poście. Zdaniem redaktora Bendyka „polska szkoła tkwi w XIX wieku", a powinna tymczasem uczyć „kreatywnego myślenia".
Po pierwsze - co przez to ostatnie rozumie Edwin Bendyk? Bo jeśli ma to oznaczać rezygnację z pamięciowej nauki na rzecz jakichś luźnych rozważań, to już widzę te genialne efekty, podobnie jak np. w Wielkiej Brytanii w tych szkołach (publicznych, bo prywatne trzymały się sprawdzonych metod), które postawiły na „kreatywność" zamiast na solidną naukę. Krótko mówiąc - klęska.
Jeśli jest coś, czego mi w moim liceum brakowało, to m.in. solidnej nauki łaciny (miałem ją tylko przez półtora roku - i tak nieźle jak na początek lat 90.) połączonej z wkuwaniem choćby Wergiliusza na pamięć. Szczęśliwie jeszcze w podstawówce musiałem się na pamięć nauczyć paru najważniejszych wierszy z polskiego kanonu poezji.
Kreatywność będzie tylko miałkim bleblaniem o niczym, jeśli za podstawę nie będzie mieć wykutej wiedzy podstawowej, a nawet większej. Na tym, panie redaktorze Bendyk, polega erudycja.
Po drugie - ktokolwiek choćby trochę wniknął w kwestię szkolnych problemów i dyscypliny, wie, że kwestii mundurków nie można zdawkowo wykpić, jak to zrobił redaktor Bendyk. Propozycja przywrócenia mundurków ma mocne uzasadnienie (psychologiczne i społeczne), podobnie jak silne argumenty mają jej przeciwnicy. Rzecz jest do dyskusji, natomiast kwitowanie jej mało śmiesznym żartem o juniorkach to... powiedzmy: mocne, celowe i prymitywne uproszczenie. Ciśnie mi się inne sformułowanie, ale nie chciałbym redaktora Bendyka obrazić.
Po trzecie - program „zero tolerancji" jest dyskusyjny, ale na pewno nie zasługuje na to, żeby załatwiać go zdaniem o „policyjnych metodach przywracania dyscypliny". To oczywiście zabieg erystyczny redaktora Bendyka: rzucić kilka chwytliwych frazesów na zasadzie „każdy wie, więc po co tłumaczyć". Otóż nie każdy wie i nie jest to spór między idiotycznym pomysłem Giertycha a najwyższą mądrością poważnych pedagogów, ale między dwiema w pełni konkurencyjnymi wizjami wychowania. Przy czym wizja mocnej dyscypliny (o szczegółach trzeba dyskutować) jest przeniesieniem na szkolny grunt paradygmatu walki z przestępczością, który sprawdził się m.in. w USA. I który obowiązuje choćby we wspomnianych najlepszych prywatnych brytyjskich szkołach, gdzie rodzice płacą za to, żeby ich dzieci były wychowywane w dyscyplinie i nosiły mundurki. Kogo nie stać, musi posłać dzieci do „kreatywnej" szkoły.
Po czwarte - wszystko powyższe nie oznacza, że pomysły Giertycha mi odpowiadają. Wątpliwe są zwłaszcza ich detale. Nie mówiąc już o polityce personalnej ministra (np. żenująca sprawa z odmową mianowania łódzkiej kurator, dwukrotnej zwyciężczyni konkursu). Pomysł referendum jest oczywiście idiotyczny i skandaliczny, przede wszystkim dlatego, że nie ma powodu, żeby podatnicy płacili grube miliony tylko dlatego, że minister chce się dogadać z ludźmi ponad mediami. Osobna kwestia to niekompetentne chłopaczki z Młodzieży Wszechpolskiej, których wicepremier powsadzał na rozliczne urzędy, ze specjalnie powołanym ministerstwem włącznie. Zarzutów wobec wicepremiera jest mnóstwo. Wolałbym, żeby na jego miejscu, z częścią jego pomysłów, znalazł się ktoś inny, ktoś, mający doświadczenie w pracy z uczniami czy studentami - ot, choćby prof. Ryszard Legutko.
Wszystko to jednak nie powód, żeby z pomysłami, zasługującymi na przemyślenie, rozprawiać się kilkoma lekkimi kpinkami.
Pod wpisem Edwina Bendyka pojawił się jeden szczególni sensowny i merytoryczny komentarz, podpisany „Y", który powalam sobie tutaj przytoczyć, bo to pokazuje, jak można rozsądnie odpowiedzieć na drwinki redaktora „Polityki":


Komentarze
Pokaż komentarze (20)