Historia Simona M., który prawdopodobnie świadomie zarażał swoje kochanki wirusem HIV, to farsa z poprawnością polityczną w roli głównej. Pięknie opisała tę sprawę „Gazeta Wyborcza", mająca akurat największe zasługi w propagowaniu wszystkich tych postaw, na których roznosiciel HIV żerował.
Monikę O. Simon M. zafascynował „jako bojownik o prawa człowieka walczący z uprzedzeniami rasowymi". Monika O. tak się przejmowała, żeby nie wyjść na rasistkę, że nawet bała się spytać swego czarnego przyjaciela, czy przypadkiem nie badał się na HIV. Na mejla, w którym ostrzegła Simona, że jest zarażony, ten odpisał jej właśnie, że jest rasistką.
Simon M. był pupilkiem warszawki a la Le Madame. Dostawał rozmaite nagrody, m.in. od Stowarzyszenia Nigdy Więcej, czyli marginalnej, ale hałaśliwej grupki, żyjącej z udawania, że w Polsce lada moment przejmą władzę faszyści (określenie „narodowy socjalizm" jakoś nigdywięcejom nie przechodzi przez gardła). Tak to fetowano zwyczajnego [tu w ramach autocenzury wycinam słowo uważane powszechnie za obraźliwe], który wykorzystywał całą tę politycznie poprawną komedię, żeby rwać panny i chodzić z nimi do łóżka, z pełną świadomością, że je w ten sposób naraża na śmierć, a już na pewno marnuje im życie.
Byłaby to wszystko czysta farsa i memento dla wyznawców politycznej poprawności, gdyby nie kilka, a może i kilkanaście (a kto wie, czy nie kilkadziesiąt) dziewczyn, tak otumanionych politycznie poprawnymi bredniami, że dziś nie wiedzą, ile życia im zostało.
Pozostaje nadzieja, że polski sąd okaże się w tym wypadku totalnie niepoprawny politycznie i Simon M. wyląduje w celi na pełne cztery lata. Po czym po wyjściu zostanie natychmiast wyekspediowany do swego rodzinnego Kamerunu. Krzyżyk na drogę.


Komentarze
Pokaż komentarze (32)