Z odległości kilkuset kilometrów przyglądałem się dzisiaj temu, co się działo w Sejmie i choć przyzwyczajony jestem do intensywnej absurdalności naszego życia politycznego, tym razem wrażenie to było wyjątkowo mocne.
Cały konflikt o wzmocnienie ochrony życia poczętego był przykładem na to, jak zrobić coś z niczego. Nie było żadnego, najmniejszego choćby powodu, dla którego tę sprawę należałoby teraz właśnie ruszać. Rozwiązanie, jakie dotąd funkcjonowało, nie było doskonałe - ani z punktu widzenia ortodoksyjnych przeciwników aborcji, ani zwolenników aborcji na życzenie - i właśnie dlatego było najlepsze. Ale choćby nawet dobre nie było, otwieranie debaty, budzącej takie emocje (ale chyba głównie w politykach, bo wyborców to specjalnie, jak podejrzewam, nie pasjonuje), w której stanowiska stron są zależne od przyjętego paradygmatu myślenia, więc będą bronione szczególnie zaciekle, nie podlegając regułom zwykłej politycznej pragmatyki - nie miało najmniejszego sensu. Można sobie wyobrazić tysiąc poważniejszych problemów, którymi przedstawiciele narodu mogliby się zająć - choćby kwestia wypłaty emerytur z II filaru, kwestia tarczy antyrakietowej, kwestia modelu podatkowego - ale nie: oni postanowili zaangażować wszystkie swoje siły właśnie w tę debatę.
Oczywiście, że przy okazji ujawnił się wewnętrzny konflikt w PiS pomiędzy ortodoksami a pragmatykami. Przygnębiające jest, że jedyny czytelny konflikt, jaki w tej partii wybuchł, dotyczy właśnie takiego tematu, a nie np. kwestii modelu socjalnego, jaki w Polsce powinien funkcjonować.
Oglądając i czytając kolejne relacje, miałem narastające poczucie, że całość tego widowiska to skrzyżowanie „Latającego Cyrku Monty Pythona" z „Hotelem Zacisze". Najpierw poseł Suski, genetyczny patriota, nie dość widać jednak patriotyczny, skoro łaził po sejmowej sali, zbierając i drąc listy jednego z biskupów, porozkładane tam przez LPR.
Potem (a częściowo wcześniej, bo już bodaj wczoraj) kolejna kompromitacja Pałacu Prezydenckiego, który złożył propozycje zmian w przepisach, na których eksperci nie pozostawili suchej nitki. Nie pojmuję: czy pan prezydent, przygotowując swój projekt, pisał go przy herbatce z minister Jakubiak, czy może jednak dał go do przeczytania jakiemuś prawnikowi konstytucjonaliście, zanim skierował go do Sejmu?
Następnie groteskowy konflikt w PiS-ie, gdy część posłów zgodnie z logiką chciała odrzucenia prezydenckiego projektu, a premier upierał się - wbrew logice - aby go poprzeć. Tylko po to, żeby nie ucierpiał autorytet jego brata. Wielka szkoda, że pan premier nie doradził panu prezydentowi, że projekty dobrze najpierw wszechstronnie konsultować, zanim się je wypchnie na zewnątrz. Jarosław Kaczyński podobno zagroził nawet swoim niepokornym posłom nowymi wyborami. Gdyby miały się odbyć z takiego powodu (choć był to oczywiście tylko teatr), byłaby to farsa do kwadratu.
Później wstrząsające zdjęcia padającej pod naporem tłumu dziennikarzy i BOR-owików Katarzyny Kolendy-Zaleskiej. Może powinna wystąpić o uprawnienia kombatanckie? W niektórych mediach pojawiły się stwierdzenia, że staranowali ją BOR-owcy. Kto widział film, wie, że to nieprawda. Kolenda-Zaleska upadła pod naporem własnych kolegów po fachu, którzy uznali, że wyciągnięcie od premiera paru słów na temat kompletnie marginalny z punktu widzenia stanu państwa wymaga wzajemnego tratowania się w sejmowym hallu. Absurdalność tej sceny przewyższyła wszystkie poprzednie. Mam nadzieję, że wybaczy mi mój ulubiony „czerwony" bloger Krzysztof Leski (szczęśliwie nie stratowany), ale zawsze uważałem uganianie się za politykami po sejmowych korytarzach za zajęcie dość głupie, delikatnie mówiąc. A tratować się wzajemnie wokół premiera tylko po to, żeby usłyszeć ewentualnie dwa lub jedno nic nie wnoszące zdanie, które za dwie godziny nie będzie mieć żadnego znaczenia, to już po prostu żenada. Premier oczywiście nic nie powiedział.
Wreszcie rezultat tego całego cyrku, trwającego od paru tygodni: ZERO. A nawet mniej niż zero, jeśli wliczyć rezygnację Marka Jurka z funkcji marszałka. Marek Jurek działał z pobudek ideowych, był w tym konsekwentny i konsekwentnie podał się do dymisji. Ale w kontekście całej sytuacji mogło to mieć wydźwięk już tylko komediowy.
Są sytuacje, gdy życie polityczne jak gdyby grzęźnie i zaczyna tonąć w takich właśnie absurdalnych i kompletnie jałowych rozgrywkach, bitewkach, potyczkach, których rezultat jest zerowy, a właściwie nawet ujemny, bo to zmarnowany czas, którego nam nikt nie odda. No i wyborcy, coraz częściej pukający się w głowę na widok sali sejmowej. A potem wielki lament, gdy w kolejnych wyborach frekwencja znów nie dorasta do oczekiwań speców od „obywatelskiego obowiązku".
W sondażu prestiżu zawodów, który opublikowała ostatnia „Polityka", poseł na Sejm znalazł się na końcu przedstawionej przez tygodnik listy z wynikiem 52,9%. Po mijającym dniu uważam, że to i tak zaskakująco wysoki wynik.


Komentarze
Pokaż komentarze (39)