Pojawiła się lista posłów, których podobno może ze sobą porwać Marek Jurek, wychodząc z PiS-u. Lista została zresztą szybko skorygowana i zredukowana, wygląda więc na to, że masowego eksodusu nie będzie.
Natomiast jeśli PiS opuściliby posłowie, których się ostatecznie w tym kontekście wymienia, to Jarosław Kaczyński mógłby być tylko wdzięczny Markowi Jurkowi za pozbawienie go kilkorga raczej obciążających postaci.
Mamy więc w tym gronie Artura Zawiszę, nadaktywnego i nadambitnego szefa bankowej komisji śledczej, zwolennika wprowadzenia zakazu pracy placówek handlowych w każdy dzień świąteczny. Wypowiedzi Zawiszy, związane z jego działalnością w bankowej komisji, wprawiały czasami kierownictwo partii w zakłopotanie. Nie sądzę, żeby odejście tego posła, sprawiającego więcej problemów niż przynoszącego korzyści, wzbudziło wielki żal.
Mamy na liście Artura Górskiego, szefa Klubu Zachowawczo-Monarchistycznego. Twórcę zespołu ds. przywrócenia autorytetu władzy, upatrującego rady na niewątpliwy tego autorytetu upadek w metapolitycznych rozważaniach na najwyższym poziomie abstrakcji, ale nie widzącego żadnej nieprzyzwoitości w działaniach swojej własnej partii. No i inicjatora uchwały, którą Sejm miał uznać Chrystusa królem Polski. Znałem kiedyś Artura Górskiego i z całą pewnością mogę powiedzieć, że proces odrywania się tego skądinąd miłego człowieka od rzeczywistości postępuje z wiekiem coraz szybciej.
Mamy także w tym gronie Małgorzatę Bartyzel, posłankę PiS z Łodzi. W czasie swojego sejmowego urzędowania zasłynęła w zasadzie tylko jedną inicjatywą: chciała skasować 1 maja jako święto państwowe. W swoim rodzinnym mieście natomiast zasłynęła pani poseł (małżonka znanego konserwatysty Jacka Bartyzela) w kręgach miejscowej socjety pewną historią ze sfery osobistej.
Jest także w tej grupie Marian Piłka, człowiek nawet nie głupi, ale mający niestety na koncie całkiem serio czynione propozycje obłożenia starych kawalerów specjalnym podatkiem. Poseł Piłka podchodził do tego z zapałem neofity - późno ożeniony, późno dzieciaty.
W zasadzie więc Jarosław Kaczyński mógłby się nawet cieszyć z rozwoju wypadków, gdyby nie to, że te parę osób (plus oczywiście tu nie wymienieni) to głosy, a te są w sytuacji chwiejnej koalicji na wagę złota.
Istnieje także poważne niebezpieczeństwo, że za sprawą Marka Jurka PiS utraci wsparcie o. Rydzyka lub przynajmniej to wsparcie znacząco osłabnie. Odchodzący marszałek jest bowiem dla Radia Maryja idealnym kandydatem na politycznego lidera. Wszystko oczywiście zależy od samego ojca dyrektora i jego kalkulacji, ale przecież Tadeusz Rydzyk nigdy nie mógł mieć wątpliwości, że Jarosław Kaczyński korzysta z jego poparcia z niechęcią i tylko z musu. To nie był sojusz z miłości. PiS nie jest partią zapamiętałych katolików. Nawet jeśli Wojciech Jasiński nie powiedział do Marka Jurka, żeby ten zostawił swoje sumienie w konfesjonale (po byłym członku PZPR można by się takiego bon motu spokojnie spodziewać).
Całkiem inna historia, z punktu widzenia o Rydzyka, jest z Jurkiem, człowiekiem obliczalnym i bardzo jasnych, stałych poglądach. Pytanie, jaką Marek Jurek będzie mógł złożyć redemptoryście ofertę. Ja w każdym razie stawiam na to, że o. Rydzyk chętnie rozluźniłby niepewny i chwilami dla niego uciążliwy sojusz z PiS-em na rzecz dilu pewniejszego, nawet jeśli z mniej potężną grupą polityczną.
Dla JK oznacza to oczywiście odcięcie od źródła poparcia po dalekiej katolicko-konserwatywnej stronie, czego wyraźnie się boi - vide oficjalne przeprosiny, zaklinanie rzeczywistości („Nie uważamy decyzji Marka Jurka za ostateczną") oraz dwugodzinna rozmowa z odchodzącym politykiem. Na próżno.
Najbardziej kiepsko w tym całym zamieszaniu wypada prezydent, po raz kolejny potwierdzając, że brak mu podstawowego politycznego instynktu. Nie dość, że niedbale w jego kancelarii przygotowany projekt zmian w prawie stał się w dużej mierze przyczyną problemów PiS, to jeszcze teraz Lech Kaczyński zapowiada, że zajmie się mediacją w konflikcie po powrocie z Gruzji. Czyli robi dokładnie to, co odradzali mu wszyscy, chcący ratować jego prezydenturę: po raz kolejny ostentacyjnie angażuje się w sprawy partii swojego brata. Jest to ostatnia rzecz, jaką mógłby rekomendować Lechowi Kaczyńskiemu ktoś, kto dobrze mu życzy. Ale w jego przypadku tendencji do autodestrukcji najwyraźniej nie da się już powstrzymać.


Komentarze
Pokaż komentarze (61)