Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha
539
BLOG

Dać ludziom broń

Łukasz Warzecha Łukasz Warzecha Polityka Obserwuj notkę 87

Komentarze w mediach, zwłaszcza polskich, po strzelaninie na Virginia Tech są uszyte na jedno kopyto: Oto straszne skutki powszechnego dostępu do broni. Czy ta tragedia wywoła narodową dyskusję o jego ograniczeniu? Czy Amerykanie zrozumieją, co z tego wynika?

Dla mnie z tych wydarzeń wynika kilka dość oczywistych wniosków. Po pierwsze - nie jest dobry żaden skrajny system. Czyli ani ten, gdzie broń można kupić bez żadnych obostrzeń, na prawo jazdy, ani ten, gdzie obowiązuje całkowity niemal zakaz jej posiadania. Po drugie - gdyby na kampusie Virginia Tech znalazł się jeden przytomny cywil z bronią, szaleniec mógłby zakończyć masakrę o wiele wcześniej. Dostałby po prostu kulę w łeb od przypadkowego, uzbrojonego obywatela.

Znam na wylot argumenty przeciwników szerokiego dostępu do broni. Mówią, że to ułatwia nabywanie jej przez szaleńców właśnie, że mogą ją posiadać ludzie agresywni i kłótliwi, niezdolni do samokontroli, wreszcie, że jeśli napada na ciebie banda zbirów, próba samoobrony tylko wzmaga ich agresję. Wszystkie te argumenty są ważkie i w dużej części prawdziwe. Ale z całą pewnością nie są to argumenty za drastycznym ograniczeniem dostępu obywateli do broni, ale za tym, żeby skonstruować możliwie racjonalny system jej licencjonowania.

Polski system wydawania pozwoleń na broń jest postawiony na głowie. Najważniejszy jest w nim bowiem argument zagrożenia, na jakie narażona jest dana osoba, przy czym nie może to być subiektywne poczucie zagrożenia. Ale czy ono jest subiektywne, czy obiektywne, o tym decyduje organ prowadzący procedurę wydawania pozwolenia, czyli policja. W sposób całkowicie uznaniowy. Nie jest nawet zobowiązana do uzasadniania odmowy. Można zatem mieszkać w najgorszej dzielnicy i co wieczór być zaczepianym przez bandy podpitych wyrostków, ale jeżeli, zdaniem policji, nie stanowi to obiektywnego zwiększonego zagrożenia, to pozwolenia nie dostaniemy.

Co innego, jeśli się dostanie w łeb, najlepiej mocno i poważnie. A, wtedy to proszę bardzo. Taka podkładka (ewentualnie udokumentowane groźby karalne) znaczy, że dany obywatel może być rozważany jako kandydat do posiadania pozwolenia na broń.

Natomiast sprawdzanie wiarygodności kandydata, jego trybu życia, relacji z otoczeniem - co powinno być rolą dzielnicowego - jest często robione po łebkach i mimochodem. Innymi słowy - nie to się liczy, czy ktoś jest spokojnym i porządnym obywatelem, ale to, czy istnieje, zdaniem policji, „obiektywne zagrożenie".

System powinien wyglądać całkiem inaczej. Założenie powinno być takie, że pozwolenie na broń dostaje każdy, kto spełni rygorystycznie egzekwowane warunki. Zagrożenie nie powinno tu mieć nic do rzeczy. Powinny za to obowiązywać rzetelne badania psychologiczne i prawdziwy wywiad środowiskowy, robiony przez policję.

Dzisiaj bardzo spokojny, porządny, opanowany pan Kowalski, który chciałby mieć czym bronić siebie i swojej rodziny, a mieszka np. na Mokotowie i jest księgowym, nie ma szans zdobyć broni legalnie. Za to ma je pan Zenek, który pod Radzyminem handluje na dużą skalę skarpetkami i groził mu Stefan, że mu wszystkie zęby powybija. I pan Zenek się poskarżył dzielnicowemu.

Na inny wyświechtany argument przeciwników dostępu do broni odpowiadam równie wyświechtanym kontrargumentem. Restrykcje w dostępie do broni dotykają zawsze tych, którzy w ogóle o pozwolenie chcą się starać. Żadna mafia ani żadne dzielnicowe bandziorki starać się o nie będą. Oni po prostu pójdą pod właściwy adres i broń sobie kupią, jaką tylko będą chcieli. Proszę pokazać mi choćby jeden przypadek, gdy bandyci ostrzeliwali się policji bronią posiadaną legalnie.

Nie przyjmuję absolutnie argumentu o tym, że bronić się nie należy, bo to wzmaga agresję bandytów. Po pierwsze - zależy, których. Znam wiele historii, gdy rozrabiaki różnego sortu kładli uszy po sobie, kiedy tylko potencjalna ofiara powiedziała im bez okazywania strachu, żeby spier...li. Słabość porządnych ludzi nie łagodzi agresji bandytów, ale ją wzmaga. Bandyci kalkulują. Gdyby w swoją kalkulację musieli wkomponować fakt, że napadnięty na ulicy człowiek może wyciągnąć spod płaszcza rewolwer albo to, że z pomocą mogą mu przyjść inni uzbrojeni obywatele, zastanowiliby się dwa razy. Nawet gdyby sami mieli broń.

Inna sprawa to przepisy o obronie koniecznej, stawiające od razu broniącego się (a tym bardziej kogoś) na pozycji potencjalnego oskarżonego. To ma szansę się szczęśliwie zmienić.

Żeby było jasne: Polska to nie Ameryka (gdzie zresztą wiele stanów zamknęło obywatelom całkowicie dostęp do broni, choć zdaje się, że wyjątkowo mało brutalnych rozbojów z jej użyciem zdarza się akurat w Teksasie, stanie pod tym względem szczególnie liberalnym) i nie chodzi o to, żeby każdy miał pod płaszczem giwerę. Ale chodzi o to, żeby widzieć dwie strony medalu i nie komentować zdarzeń takich jak w Wirginii kliszą zużytych banałów. I o to, żeby każdy, kto jest uczciwym i zrównoważonym człowiekiem mógł dostać skuteczne narzędzie, służące samoobronie.

Udostępnij Udostępnij Lubię to! Skomentuj87 Obserwuj notkę

Oto naści twoje wiosło: błądzący w odmętów powodzi, masz tu kaduceus polski, mąć nim wodę, mąć. Do nieznajomych zwracamy się "pan", "pani".

Nowości od blogera

Komentarze

Pokaż komentarze (87)

Inne tematy w dziale Polityka