Nieźle mi się dostało za niewłączenie się w ton powszechnego entuzjazmu z powodu Euro 2012. Najczęściej powtarzającym się argumentem było, że prezentuję defetystyczną mentalność i przez taką właśnie mentalność nic się nie udaje.
Mało kto dostrzegał, że moja pesymistyczna prognoza dotyczy wyłącznie sektora państwowego, bo akurat w prywatne zapał i innowacyjność Polaków wierzę mocno.
Co innego mnie jednak uderzyło. W komentarzach przebijało przekonanie, że wystarczy wierzyć i chcieć, a wszystko się uda, natomiast sceptycy to malkontenci, których należy zwalczać. Przyszły mi więc natychmiast do głowy genialne strofy z VI Księgi „Pana Tadeusza":
Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele, i - jakoś to będzie!
Takich Sędziów mamy dzisiaj dostatek. Jakie to polskie: plany nieważne, zastrzeżenia nieważne, dotychczasowe doświadczenie nieważne, sceptyków do karceru, żeby nam tu nie psuli atmosfery i - naprzód! To jest to w naszej narodowej mentalności, co doprowadza mnie do furii. To jest przyczyna większości narodowych hekatomb, z powstaniami listopadowym, styczniowym i warszawskim na czele. Gorące głowy, mózgu za mało. Byle patriotycznie, byle wesoło i dziarsko, kupą, mości panowie, hurrra!!!
Gdy poważni ludzie zabierają się za planowanie czegokolwiek, rozważają wszystkie możliwe warianty, a przede wszystkim najgorsze. Bo plan musi być dostosowany do najgorszego możliwego wariantu rozwoju wypadków, a nie najlepszego. Tę zasadę złamali Amerykanie w przypadku inwazji na Irak i - ponieśli klęskę, bo dzisiejszy stan Iraku to klęska Amerykanów. Jeśli Euro 2012 będzie planowane w podobny sposób, a głosy sceptyków będą wyciszane, żeby nie psuć atmosfery narodowej celebracji i bezmyślnej radości, to nie wróżę temu przedsięwzięciu sukcesu.
W komentarzach do mojego poprzedniego wpisu ktoś porównywał mnie do Rakowskiego i Wielopolskiego. Nie wiem, czemu do Rakowskiego. Ale porównanie z Wielopolskim to dla mnie komplement. Bo oczywiście to Wielopolski miał rację, starając się ostudzić bezmyślny zapał przed powstaniem styczniowym. Jak to bywa z polskimi realistami - poniósł porażkę. Po czym wybuchło powstanie, które rozpoczęli ci, co też nie chcieli słuchać negatywnych scenariuszy. I pozostało tylko powiedzieć: jaka piękna katastrofa.
Jest taka znakomita piosenka Jacka Kowalskiego z płyty „Konfederacja barska po kowalsku", zatytułowana „Ignacego Skarbka-Malczewskiego wyprawa na Warszawę". Pozwolę sobie zacytować - i polecam uwadze wszystkich bezrefleksyjnych entuzjastów.
Jedzie Malczewski Skarbek Ignacy,
Z nim krakowiacy i poznaniacy,
Jadą zdobywać miasto plugawe,
Zdezinsektować wszawą Warszawę.
Dziesięć tysięcy jedzie w komendzie,
Jakoś to będzie, jakoś to będzie!
- Wodzu kochany, jakie masz plany?
- Plany mam cacy - rzecze Ignacy.
- Sotnie się potnie lub sprytnie wytnie,
A Stasia króla wsadzi do ula.
Rząd katolicki władzę zdobędzie.
Jakoś to będzie, jakoś to będzie!
(...)
A kiedy byli przy samym mieście,
Wyszło nad rzekę Moskalów dwieście.
Moskale wpadli w dym, uderzyli,
I pięć tysięcy naszych zabili.
Drugie pięć w rzece się utopiło.
Jakoś tak było, jakoś tak było.


Komentarze
Pokaż komentarze (95)