Ucieszyłem się, że marszałkiem Sejmu został Ludwik Dorn. Naprawdę. I jest po temu kilka powodów.
Po pierwsze - mogło być gorzej. Paweł Zalewski, moim zdaniem najlepszy kandydat, nie miał chyba od początku szans jako osoba z gruntu podejrzana. Nie dość, że dekadę temu miał epizod w Unii Demokratycznej, ale jeszcze wszyscy, łącznie z opozycją, go chwalili. To musiało budzić najwyższy niepokój Braci. (I proszę nie pisać, że traktuję ich jak idiotów, bo ich za takich w żadnym razie nie uważam. Mechanizm budzenia automatycznej nieufności w przypadku, gdy kogoś chwalą polityczni przeciwnicy, naprawdę nie musi oznaczać skretynienia, a tylko pewną obsesję i schematyczność myślenia, co nie stoi w sprzeczności z inteligencją.)
W tej sytuacji przez moment na prowadzeniu był Zbigniew Wassermann i mógł ukończyć ten wyścig na pierwszym miejscu, a to byłoby zabawne tylko przez chwilę. Żenująca wpadka ABW u Barbary Blidy szczęśliwie pozbawiła ministra Wassermanna szans.
Ludwik Dorn był oczywistym wyborem z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego, który lubi najważniejsze funkcje w państwie obsadzać ludźmi do bólu lojalnymi i sprawdzonymi w partyjnych bojach. Dla odsuniętego na margines Dorna oznacza to wyjście z cienia i wpływ na politykę większy niż w ostatniej roli. Nawet gdyby kompetencje marszałka miały ulec jakiemuś ograniczeniu.
A ja mam do Ludwika Dorna słabość i cieszy mnie nie tylko to, że został marszałkiem ktoś lepiej do tej roli przygotowany niż Zbigniew Wassermann. Jest w Dornie jedna rzecz dość rzadka wśród polskiej klasy politycznej: to człowiek piekielnie inteligentny. Błyskotliwy erudyta, niepozbawiony dystansu do siebie samego. Samo to stawia go ponad większością potencjalnych kandydatów na fotel marszałka.
Ma Dorn oczywiście całe mnóstwo wad. Kilka jego chlapnięć jeszcze jako szefa MSWiA, z kamaszami i wykształciuchami na czele, będzie go prześladować przez lata. Taka jest natura medialnej demokracji i na nic się nie zdadzą tłumaczenia, że określenie „wykształciuchy" miało znaczyć coś innego, niż dziś twierdzą media niechętne rządowi. Rasowy polityk musi umieć przewidywać, że wypowiedziane przez niego słowo może zacząć żyć własnym życiem. Ta akurat umiejętność jest w kręgach PiS niezmiernie rzadka i nie posiada jej także Ludwik Dorn. Który na dodatek potrafi być nieznośnie chimeryczny - i w stosunku do partyjnych kolegów, i oponentów, i mediów. Taki już jego urok.
Oczywiście nie mam wątpliwości - Dorn będzie stuprocentowo lojalny wobec partii. To nie będzie marszałek, wahający się przed forsowaniem rozwiązań korzystnych dla macierzystej partii. Ale - czy wielu było innych marszałków od 1989 roku? Przy takim rozwiązaniu ustrojowym marszałek zawsze będzie stronniczy i zawsze takie będzie oczekiwanie wystawiającej go partii. Oczywiście, może być stronniczy bardziej lub mniej. Jak będzie z Dornem - zobaczymy. To dla niego całkiem nowa rola.
Trzeba jednak przyznać, że Dorn, jak na siebie, miał bardzo umiarkowane otwarcie. Choć w tamtej atmosferze o to trudno, padło w stronę opozycji kilka cieplejszych słów - chociaż powiedzianych nie bez przekąsu, typowego dla Dorna.
Na jedno cieszę się szczególnie. Znając Dornową inteligencję, błyskotliwość, cięty dowcip i złośliwość, liczę na wiele ostrych słownych utarczek, pełnych literackich i historycznych odniesień. Innymi słowy - liczę na to, że będzie jeszcze śmieszniej niż dotąd, i że będzie to przynajmniej humor inteligentny.
To jest w zasadzie wszystko, czego jeszcze mogę po obecnym Sejmie oczekiwać. Dobre i to.


Komentarze
Pokaż komentarze (60)