Pan Jakub Cygan zainspirował mnie swoim interesującym tekstem do pociągnięcia tematu anonimowości i siły sieci, ale trochę inaczej. Wątkiem samej anonimowości, jak sądzę, wszyscy już z lekka wymiotują.
Natomiast bardzo ciekawe jest, jak silnie obecne w S24 środowisko blogerów (mnie, przyznaję, w zasadzie obce) ocenia gości ze świata realnego i jakie przytaczane są argumenty na rzecz tezy, że debata obywatelska w sieci jest uczciwsza, sprawiedliwsza, że premiuje lepszych w przeciwieństwie do debaty i mediów tradycyjnych w realu.
Streszczając - mam nadzieję, że rzetelnie - tezę pana Cygana, chodzi mu o to, że w sieci zapoznajemy się wyłącznie z czystą argumentacją, odrzucając, także dzięki anonimowości, całą jej otoczkę, a więc nazwisko osoby, która wygłasza argument, jej tytuł, dokonania, życiorys, osiągnięcia, powiązania. Skoro tak, to możemy skupić się wyłącznie na merytorycznej wartości argumentów.
Tezę pana Jakuba odbieram jako szlachetne dążenie do pewnego idealnego stanu debaty, chociaż, moim zdaniem, dążenie skażone brakiem realistycznego podejścia do rzeczywistości.
Ale pod wpisami o niedawnej awanturze w S24 wiele było wypowiedzi o wiele radykalniejszych niż ta pana Cygana. Sprowadzały się do tego, że wobec rosnącej potęgi sieci, wobec mocy blogerów, wolnych od ograniczeń krępujących tradycyjne media, te tradycyjne media wkrótce znikną, dziennikarze zostaną wysłani na zieloną trawkę i zapanuje era potęgi jedynie słusznego, uczciwego i rzetelnego „dziennikarstwa obywatelskiego".
Jestem w S24 wystarczająco długo, żeby docenić zalety blogerskiej społeczności. Ale z największą nieufnością i niechęcią podchodzę do każdej skrajności i rewolucyjnych pokrzykiwań, a takie właśnie znalazłem pod wieloma wpisami. Tak jakby przedstawiciele realu mieli być wkrótce wieszani na latarniach (ktoś zresztą użył takiego zwrotu).
Zastanówmy się nad argumentacją pana Jakuba. Gdyby debata miała się ograniczać tylko do metody, jaka jest możliwa w sieci - anonimowy bloger walczy jedynie argumentami, oderwanymi od jego twarzy, nazwiska, zasług, dokonań, życiorysu, osiągnięć itd. - to oznaczałoby to jej zubożenie i limitowanie do jednego z kilku możliwych sposobów argumentowania i uczestniczenia w dyskusji. Wymiany poglądów nie da się całkowicie odczłowieczyć. Nie każdą dyskusję da się odbyć wyłącznie poprzez prezentację argumentów oderwanych od tego, kto je przedstawia. Tak można się spierać jedynie, przedstawiając związki i wnioski z przesłanek powszechnie akceptowanych lub pochodzących z powszechnie akceptowanych źródeł.
Ale przecież istnieją przesłanki wynikające z doświadczenia, szczególnego dla danej osoby. Tutaj konieczna jest już wiedza o tej osobie. Wyobraźmy sobie, że anonimowy bloger pisze o niebezpieczeństwach, jakie czyhają na szlaku kolejowym na maszynistę. Opiera się na wiedzy, którą większości trudno będzie zweryfikować. W takim wypadku koncepcja pana Jakuba Cygana nie ma sensu. Musimy po prostu wiedzieć, czy mamy do czynienia z maszynistą czy z hochsztaplerem. A i wtedy rozsądny dyskutant będzie musiał przyjąć, że pewne autorytatywne stwierdzenia maszynisty są prawdziwe, choćby nie dawało się ich w sieciowym dyskursie udowodnić. Bo jeśli maszynista napisze np., że samoczynna blokada liniowa w wersji stosowanej w Polsce stwarza niebezpieczeństwo kolizji ze względu na to, że blokuje jedynie dwa odstępy blokowe przed jadącym pociągiem - czy jest sens dyskutować o tym, co to w ogóle jest SBL i skąd maszynista to wie? Czy jeśli napisze, że dwukrotnie zdarzyło mu się dogonić na tym samym odstępie blokady jadący przed nim pociąg - to damy mu wiarę, jeśli nie będziemy wiedzieć, że mamy do czynienia z fachowcem?
Analogicznie, jeśli doświadczony dziennikarz pisze, że istnieje taki i taki mechanizm decyzyjny w Kancelarii Premiera, który powoduje takie i takie skutki w mediach, to - przy założeniu, że wszyscy dyskutujący mają dobrą wolę - należy przyjąć, że ta wiedza po prostu wynika z jego doświadczenia. Opisywanie tego doświadczenia w detalach mija się z celem, tak jak mija się z celem proszenie maszynisty, żeby opisał każdy swój kurs po linii z SBL w celu udowodnienia tezy, jaką postawił.
Poważny sprzeciw wśród internetowych radykałów budzi też argument z autorytetu, mam jednak wrażenie, że często nie chodzi tu o sprzeciw wobec samego sposobu argumentowania, ale raczej o to, żeby podważyć wszelkie osiągnięcia, jakie gość z realu mógł mieć poza siecią. Świat sieciowy ma być czystą kartą, gdzie każdy ma budować swoją pozycję od zera.
Tymczasem osiągnięcia z realu nie biorą się znikąd. Żadne pokrzykiwania nie zmienią faktu, że ludzie, którzy dorobili się nazwiska w świecie realnym, czymś to okupili i zdobyli: pracą, rzetelnością, sprytem, kontaktami, zręcznością, błyskotliwością, czasem służalczością albo przebiegłością. W każdym razie nie kupili swojego dorobku na bazarze. Świat Internetu nie jest jakimś wydzielonym, osobnym uniwersum, gdzie nagle wszystkie dotychczasowe działania przestają się liczyć. To oczywiście marzenie egalitarystycznie nastawionych radykałów, ale ci są tacy sami w sieci i poza nią. Nie widzę powodu, dla którego granica ekranu ma oznaczać wyrównanie wszelkich różnic w doświadczeniu, wiedzy, osiągnięciach.
Ale rozumiem, skąd taka argumentacja. Jeśli ktoś jest przywiązany do anonimowości, to siłą rzeczy nie przedstawia dokonań realnych. Uważa więc, że epatowanie nimi jest czymś w rodzaju nieuczciwej konkurencji. Przykro mi, ale nie zgadzam się z tym. Faktem jest, że ktoś może być bardzo zdolnym i błyskotliwym sieciowym publicystą, w realu będąc choćby fizjoterapeutą. Oczywiście wspieranie się dokonaniami z dziedziny fizjoterapii nie ma sensu przy pisaniu o polityce. Ale jeśli ktoś zajmuje się polityką zawodowo, ma w tej dziedzinie doświadczenie i kontakty, to czy nie ma prawa się tym dorobkiem wesprzeć? Otóż moim zdaniem ma i powinno to zostać zaakceptowane.
Niektórzy sądzą, że jako iż te dokonania w sieci nie powinny się liczyć, przeto nawet jeżeli ktoś je ma, a także ma doświadczenie, powinien i tak każde swoje stwierdzenie udowadniać i konstruować ab ovo. Była w S24 blogerka, która przyjmowała taką metodę, komentując moje wpisy. Gdybym chciał odpowiadać na jej uwagi, musiałbym w zasadzie za każdym razem szczegółowo przedstawiać swój życiorys, opisywać moje polityczne kontakty i znajomości, załączać linki do 150 tekstów itd. Co oczywiście nie ma sensu. Jeżeli obie strony dyskusji zakładają dobrą wolę, to powinny uznać, że doświadczenie uprawnia do przedstawiania pewnych gotowych tez i przesłanek.
Inny paradoks ujawnił się przy okazji debaty o wczesnych wierszach Szymborskiej. Ci sami, którzy twierdzili, że Szymborską można oceniać przez ich pryzmat także dziś, sławili jednocześnie anonimową potęgę pozbawionych twarzy czystych argumentów w sieci. To zasadnicza niekonsekwencja. Jeśli uważa się, że życiorys, dokonania, czyny definiują człowieka, a wiersze Szymborskiej, sławiące partię, za które nigdy nie przeprosiła, są dla niej nadal kompromitujące (jak ja sądzę), to rozumiem, że nie powinno się wynosić internetowej anonimowości do rangi najwspanialszej zdobyczy ery Internetu. I odwrotnie: jeśli się jest zwolennikiem walki na czyste, oderwane od osoby argumenty, to można brać pod uwagę wyłącznie to, co Szymborska mówi dziś. Albo bierzemy pod uwagę człowieka w całości wraz z jego słowami, albo bierzemy pod uwagę jedynie jego dzisiejsze słowa. Bo przecież ten sam bloger, który dziś występuje jako „Zenek" i gromi Kwaśniewskiego, wczoraj jako „Franek" mógł pisać peany na jego cześć. Rozumiem, że tych, którzy w sporze o Szymborską wypominali jej jej stalinowskie wiersze, byliby taką sytuacją oburzeni, a zatem chcieliby, żeby każdy bloger miał twarz i nazwisko, możliwe do zweryfikowania.
Niektórzy pisali w odpowiedzi na moje uwagi, że lada chwila tradycyjni dziennikarze stracą pracę, że nadchodzi nasz kres i że się tego boimy. Mówię całkiem szczerze: nie boję się nic a nic. Nigdzie na świecie, nawet w USA, gdzie siła Internetu i blogów jest bez porównania większa niż w Polsce, tradycyjne media nawet lekko nie zachwiały się w posadach. Owszem, było kilka spektakularnych sytuacji, i w to w kluczowych momentach wyborczych, gdy to blogerzy naświetlali pewne sprawy, robiąc własny źródłowy research (dotyczyło to Johna Kerry'ego i George'a Busha). Ale i tak mechanizm był zawsze taki, że sprawa nabierała rozgłosu i prawdziwego znaczenia dopiero wtedy, gdy podchwyciły ją tradycyjne media.
Jeden z najbardziej znanych amerykańskich blogów polityczno-plotkarskich, The Drudge Report, odnosił sukcesy dzięki symbiozie z tradycyjnymi mediami. Podawał np. wiadomości o tym, nad czym pracują dziennikarze tychże mediów jeszcze przed publikacją. Albo zamieszczał niesprawdzone plotki, prowokując tradycyjne media do zajęcia się nimi.
W Polsce najbardziej znani blogerzy nie robią nawet własnego źródłowego researchu. W przeciwieństwie np. do Drudge'a nie mają własnych kontaktów z politykami. Zestawiają tylko materiały z tradycyjnych mediów. A wrażliwość Polaków na sieć jest bez porównania niższa niż w USA. Być może internetowi rewolucjoniści na tyle mocno są zamknięci w świecie wirtualnym, że stracili już kontakt z rzeczywistością i nie są w stanie trafnie ocenić, jaki jest prawdziwy tej sfery na opinię publiczną. Ja takich badań także nie znam, ale gotów jestem się założyć, że gdyby spytać Polaków, skąd czerpią swoją wiedzę i jakie znaczenie przywiązują do tego, co się pojawia na internetowych blogach, a jakie do tego, co przekazują gazety, telewizje i radia, przewaga tradycyjnych mediów byłaby miażdżąca.
Nie piszę tego, żeby wchodzić w jakiś spór. W końcu ja także zdecydowałem się na tę wirtualną przygodę i choć biorę czasem mocno w skórę, wciąż mi się to podoba. Ale - powtarzam - jako konserwatysta radykałów żadnej maści nie lubię. Uważam ich za z zasady niebezpiecznych. To samo dotyczy tej debaty. Nie godzę się na traktowanie sieci jako samodzielnego bytu, na granicy którego świat realny przestaje istnieć i się liczyć. Nie wierzę ani trochę w rewolucyjne wizje końca tradycyjnych mediów. Wierzę w symbiozę jednego z drugim i w to, że przy wzajemnym szacunku można z niej czerpać korzyści.


Komentarze
Pokaż komentarze (92)