Jestem fanem Przemysława Edgara Gosiewskiego. W ogóle jestem fanem polityków, którzy - zamierzenie czy nie - wprowadzają do życia publicznego nieco radości. Na podobnej zasadzie wielbiłem na przykład Grzegorza Kołodkę, który zresztą ma pewne cechy charakteru wspólne z nowym wicepremierem. Z pamiętnego niezapowiedzianego wjazdu Gosiewskiego do Radia Zet będzie się śmiać jeszcze moje dziecko (pieczołowicie przechowuję w komputerze to mp3).
Opozycja, która oburza się na Jarosława Kaczyńskiego, że mianował Gosia wicepremierem, nie ma racji z paru powodów.
1. Przemysław Edgar wnosi do dusznej polskiej polityki powiew bezpretensjonalnej świeżości. On nie potrafi niczego ukryć, a im bardziej się stara, tym się staje zabawniejszy. Nie potrafi ukryć, jak bardzo łechcą go zaszczyty, ani jak mało ma do powiedzenia, ani jak jest prostolinijny. Na jego otwartej, okrągłej i szczerej facjacie wszystko można wyczytać jak w otwartej księdze. W oceanie politycznego fałszu Przemysław Edgar stanowi chlubny wyjątek. Bardziej może ze względu na charakter i naturę niż dlatego, że sam tak chce, ale - tak czy owak. Czy można było się nie uśmiechnąć, patrząc na rozjarzoną od ucha do ucha fizjonomię Edgara, gdy dostał już do ręki upragnioną nominację?
2. Z punktu widzenia opozycji Przemysław Edgar jest błogosławieństwem. Panowie Komorowski, Niesiołowski czy Szmajdziński mogą go do woli wyszydzać i kpić z niego. Dla zagorzałych przeciwników obecnego rządu - a może i dla jego umiarkowanych zwolenników - nominacja Gosia jest żywym dowodem na upadek wszelkich standardów. Jak mówił dziś z charakterystyczną zajadłością senator Niesiołowski - Gosiewski mógłby może podnosić szlaban we Włoszczowej, ale na pewno nie być wicepremierem.
A teraz niech sobie opozycja wyobrazi, że wicepremierem zostaje nudny, uładzony, inteligentny i niekonfrontacyjny na ogół Kazimierz Michał. Przecież to by była klęska! Jak by sobie Stefan Niesiołowski mógł pokpiwać z takiego wicepremiera? Na kim by sobie poużywał Jerzy Szmajdziński?
3. Jarosław Kaczyński, mianując Przemysława Edgara, piecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze - ma obok siebie najwierniejszego z wiernych, najlojalniejszego z lojalnych. Kogoś, kto nigdy nie zadaje niewygodnych pytań, nie ma własnego zdania, jest wpatrzony w oblicze szefa i gotów odgadnąć jego wolę choćby z drgnięcia warg. To jest prawdziwy bullterier, nie nieobliczalny Jacek Kurski. Przemysław Edgar wszystko zawdzięcza Braciom, bez nich nie istnieje, nie ma go, znika. Do tego jest pracowity, efektywny, bezwzględny, gdy trzeba. Toż to prawdziwy skarb. Naprawdę, trudno mieć do Jarosława Kaczyńskiego pretensję, że w niewygodnej dla siebie sytuacji chce mieć Gosiewskiego jeszcze bardziej obok.
Po drugie - nominacja Przemysława Edgara to prztyczek w nos całej tej sarkającej inteligencji, czy może raczej - wedle nomenklatury Ludwika Dorna - wykształciuchom. Przecież Gosiu to kwintesencja zadowolonej z siebie antyinteligenckości. Facet, który - zdaniem wykształciuchów - mógłby być najwyżej parkingowym, zostaje wicepremierem. Dla części elektoratu PiS, która żywi się teorią o nowej walce klas (czyści i idealistyczni zwolennicy IV RP versus szeroko pojmowany Układ, rozciągający się od kadr uniwersyteckich, poprzez media, aż po Olka Kwaśniewskiego), Przemysław Edgar jest najpiękniejszym chorążym jedynie słusznej armii. Właśnie dlatego, że jest antytezą typowego inteligenta (a przynajmniej takie obrazu inteligenta, jaki przeciwnicy rządu chcieliby wykreować). Gosiu jest - jak to kiedyś określił w rozmowie ze mną pewien polityk, związany z PiS - solą PiS-owskiej ziemi. Uosobieniem najbardziej ludycznej części PiS-owskiej tożsamości.
Muszę przyznać, całkiem serio, że z jednej strony Przemysław Edgar potrafi mnie rozbawić do łez, zarazem mnie irytuje, ale też mam dla niego sporo podziwu. Gosiu wydaje się jednym z najbardziej teflonowych polityków, być może nawet bardziej niż Jarosław Kaczyński. Nic do niego nie przywiera. Poradził sobie z handicapem, jakim jest jego kalectwo. Niemal wszystkie kpiny i przytyki spływają po nim jak woda po, za przeproszeniem, kaczce. On po prostu robi swoje, z niezmiennym samozaparciem, pilnością, pracowitością. Kto wie, być może gdyby Donald Tusk miał obok siebie takiego Gosiewskiego wybory prezydenckie nie skończyłyby się dla niego porażką, a gdyby nawet, to przynajmniej poseł Palikot nie robiłby z siebie kretyna, dołując przy okazji całą partię.
No i sami Państwo powiedzcie - czy Przemysława Edgara Gosiewskiego można nie lubić?


Komentarze
Pokaż komentarze (60)